Arrow Aleksandra Olczyk: Moją misją jest sztuka, śpiew dla ludzi i związek z naturą

02 Kwi, 2025
Aleksandra Olczyk: Moją misją jest sztuka, śpiew dla ludzi i związek z naturą
© Aleksandra Olczyk / Kitana Beker
Jolanta Łada-Zielke

Aleksandra Olczyk kojarzona jest z partią Królowej Nocy z „Czarodziejskiego fletu” Wolfganga Amadeusza Mozarta, uznawaną za jedną z najtrudniejszych w całej literaturze operowej. W ciągu ostatnich dziesięciu lat śpiewała ją dla publiczności Metropolitan Opera w Nowym Jorku, Royal Opera House w Londynie, Opery Bastille w Paryżu, Teatro Real w Madrycie, Deutsche Oper, Staatsoper i Komische Oper w Berlinie, a także teatrów operowych w Monachium, Dreźnie, Hamburgu, Helsinkach, Wiedniu, oraz wielu innych ośrodków na całym świecie, zarówno w Azji jak i w Australii i Nowej Zelandii. Z sopranistką rozmawia Jolanta Łada-Zielke.

Kiedy zorientowała się Pani w czasie edukacji wokalnej, że partia Królowej Nocy jest w zasięgu Pani możliwości?

Nie było to od razu aż tak oczywiste. Zaczęłam studia w akademii muzycznej bez wcześniejszego przygotowania pod kątem śpiewu, więc uczyłam się wszystkiego od początku. Była to dla mnie niesamowita przygoda, w której świetnie się odnajdywałam, ale nie miałam jeszcze świadomości własnego głosu. Moja Pani Profesor dobierała więc mój repertuar w „bezpiecznych” rejestrach, żebym się nie męczyła. Aż pewnego razu odkryłam, że mam tak zwaną skalę „gwizdkową” (powyżej „c” trzykreślnego) i potrafię osiągnąć wysokościowo Królową Nocy. Pozostał jeszcze problem z koloraturami, ale dzięki determinacji i codziennym ćwiczeniom wypracowałam ruchliwość głosu w ciągu półtora roku. W tej materii najwięcej zawdzięczam Pani Profesor Helenie Łazarskiej, która podjęła ze mną świadomą pracę nad głosem, jak nad instrumentem i pokazała jak żmudne ćwiczenie pozwala przekraczać pewne granice. Mówię o tym otwarcie, żeby dodać otuchy młodszym koleżankom i kolegom, którzy borykają się z podobnymi technicznymi trudnościami. Mój przepis na sukces to ciężka praca poparta niezachwianą wiarą w siebie.

Pierwszą polską śpiewaczką operową, która zrobiła międzynarodową karierę, była Antonina z Miklaszewiczów Campi (1773-1822). Wiedeńscy melomani zachwycali się jej wykonaniem partii Królowej Nocy, ale uważali, że jest słabiej słyszalna w średnicy. Który rejestr jest najmniej wygodny dla sopranu koloraturowego?

Myślę, że to zmienia się wraz z upływem czasu. Śpiewam Królową Nocy już prawie od dziesięciu lat i obserwuję, jak mój głos się rozwija. Właściwie jest on dla tej partii nietypowy, bo na ogół obsadza się w niej sopranistki o lżejszych głosach, które później często wybierają repertuar subretkowy. Mój głos jest jednak cięższy, ciemniejszy, co podoba się publiczności i robi korzystne wrażenie. Ale to nie moja zasługa, po prostu dostałam go w darze. Bardzo dobrze czuję się w średnicy i uważam ją za podstawę głosu żeńskiego. Jeśli ktoś nie ma dobrych dołów, to góra też mu nie wyjdzie. Tak jak w wyrzutni, musi być dobre oparcie, żeby móc „wystrzelić” w górę. Montserrat Caballé, czy Maria Callas, których jestem fanką, mają doły mocne „jak chłop”. Najniższy rejestr – piersiowy – jest u nich bardzo silny, w górach są anielskie piana, a w średnicy ogromny dramatyzm. Kiedy Caballé śpiewa arię Łucji, słychać w niej to wszystko. I kim można ją nazwać? Sopranem lirycznym, dramatycznym, czy nawet tenorem? To jest po prostu wszechstronna śpiewaczka. Ja też dążę do tego, choć pewnie jeszcze długa droga przede mną. Ale nie skupiam się na tym, który rejestr jest dla mnie niewygodny. Staram się, żeby mój śpiew brzmiał jak najbardziej homogennie, jednolicie.

Niemcom podobają się słowiańskie głosy, ale uważają niekiedy ten ich „ciężar” za wadę.

Trzeba określić, na czym polega problem i szukać rozwiązania. Jako początkująca studentka słuchałam nagrań wybitnych śpiewaczek, które w mojej ocenie świetnie radzą sobie z przebiegami koloraturowymi, takich jak Julija Leżniewa, czy Diana Damrau. Inspirując się nimi, próbowałam wypracować to w sobie i w końcu mi się udało. Często młode osoby podchodzą do śpiewu operowego na zasadzie „jakim mnie Panie Boże stworzyłeś, takiego mnie masz”. Tymczasem głos ludzki to instrument, nad którym śpiewak pracuje tak samo jak skrzypek, albo pianista, ćwicząc po kilka godzin dziennie. Przyjemność przychodzi dopiero na scenie lub estradzie, podczas występu, a poza sceną jest praca.

Aleksandra Olczyk: Moją misją jest sztuka, śpiew dla ludzi i związek z naturą
© Aleksandra Olczyk / Karpati & Zarewicz

Czy partia Królowej Nocy jest rzeczywiście najtrudniejszą partią operową?

Miałam ogromną przyjemność wykonywać różne partie, zarówno barokowe, Rossinowskie, inne partie Mozartowskie ale również z gatunku bel canto. Porównując śpiewanie Królowej Nocy z innymi moimi doświadczeniami myślę, że jest w tym trochę prawdy. Zresztą moją karierę zawdzięczam temu, że byłam skuteczna w tej partii. Lubię ją śpiewać, nie spędza mi snu z powiek, ale nie wiem, czy akurat ona jest najtrudniejsza. Myślę, że stanowi wyzwanie bardziej psychiczne, bo wychodzi się na scenę na kilka, raptem kilkanaście minut. Ta rola jest faktycznie wyjątkowo trudna technicznie, a ludzie oczekują bezwzględnie perfekcyjnego wykonania. My śpiewacy, jesteśmy jednak tylko ludźmi i nie zawsze udaje się nam się zaśpiewać perfekcyjnie. Dzisiejsze czasy przyzwyczaiły nas do nagrań, filtrów i ulepszaczy tak wyglądu, jak i głosu. Później, na żywo publiczność oczekuje podobnego efektu. A człowiek to przecież nie maszyna. Trzeba więc być odpornym psychicznie i umieć wybaczać sobie samemu błędy, których czasami publiczność nie chce wybaczyć, ale też być gotowym dać z siebie możliwie wszystko. Myślę, że na tym polega główna trudność Królowej Nocy.

Podobno aria Glitter and be Gay z „Kandyda” Bernsteina jest trudniejsza technicznie niż  aria Królowej Nocy Der Hölle Rache

Też ją śpiewałam, ale ona stanowi zupełnie inne wyzwanie. Która z nich jest trudniejsza, to kwestia indywidualnego podejścia śpiewaczki, jej temperamentu i rodzaju ekspresji. Ja wolę Królową Nocy ze względu na dramatyzm tej postaci.

Czy życie śpiewaczki to „życie na walizkach”?

Zdecydowanie tak. Nigdy nie miałam parcia na karierę, to działo się samo, ale przyjęłam takie tempo życia. Przed pandemią podróżowałam bardzo intensywnie, śpiewając Królową Nocy czasami codziennie w innym teatrze. Brałam też udział w trasach międzykontynentalnych, spędzając po siedem godzin w samolocie i cierpiąc z powodu różnic czasowych. Mogę powiedzieć z dumą, gdzie to ja nie byłam, ale tylko pamiętam jaki był hotel i atmosfera pracy w danym miejscu. Natomiast nie wiem nic na temat zabytków, obyczajów, kuchni. Któregoś dnia po przebudzeniu wyjrzałam przez okno hotelu i stwierdziłam, że nie wiem, gdzie się znajduję. Podczas pandemii uzmysłowiłam sobie, że życie przepływa mi między palcami i odtąd pracuję zupełnie inaczej. Oprócz śpiewania zwiedzam ciekawe miejsca, spotykam się z ludźmi i cieszę się każdą chwilą.
 

Śpiewała Pani Królową Nocy również we wszystkich trzech teatrach operowych w Berlinie.

Tak. Bardzo dużo zawdzięczam Komische Oper, bo to oni mnie zauważyli i „zabrali w świat”. Potem dostałam angaż w dwóch pozostałych – Deutsche Oper Berlin i Staatsoper Unter den Linden, w których pracę też miło wspominam. Berlin jest miastem otwartym na świat, wielobarwnym i dobrze się tam czułam.

Co Pani sądzi o inscenizacji „Czarodziejskiego fletu” Jette Steckel w Hamburgu, w której występowała Pani ostatnio?

Jako śpiewaczce podoba mi się, że pani reżyser zrezygnowała z dialogów. Dla Królowej Nocy mówienie dialogu i to przed tak arcytrudną arią jak Der Hölle Rache nie jest komfortową sytuacją. Poza tym ja w tej produkcji śpiewam niemal koncertowo, z kanału orkiestry. Większej wygody pani reżyser nie mogła mi zapewnić. Jestem jej wdzięczna za tak komfortowe warunki pracy.

W Pani repertuarze są też verdiowskie heroiny – Gilda i Violetta – oraz Adela z „Zemsty nietoperza”. Na YouTube są nagrania z reperatuarem oratoryjnym w Pani wykonaniu, w tym utwory Giulia Cacciniego. A więc wykonywanie barokowej muzyki starowłoskiej nie stanowi już dla Pani takiego wyzwania jak podczas studiów?

Oczywiście, że teraz jest łatwiejsze, bo już mam świadomość swojego głosu i chętnie powracam do tych arii. Właściwie zaproponowałabym zmianę systemu edukacji wokalnej, żeby nie zaczynać od razu od arii i pieśni. Studenci pierwszego roku, którzy nie mają jeszcze świadomości głosu, ciała, techniki fonacji, nie powinni wychodzić poza ćwiczenia Vacaia i Concona. Wątpię, żeby coś się pod tym względem zmieniło, bo taki system kształcenia istnieje na całym świecie. Tylko w szkołach prywatnych, zwłaszcza włoskich, studenci pierwszych lat nie śpiewają utworów, tylko ćwiczą emisję. Ja kocham mój głos, czuję do niego olbrzymią empatię i czasem on sam „prosi” mnie, żeby wrócić do tych arii starowłoskich, do ćwiczeń, do podstaw. Robię to chętnie i zawsze z dobrym skutkiem.

Oprócz śpiewu Pani pasją są psy i konie. W jaki sposób realizuje ją Pani w wolnym czasie?

Ja to w ogóle jestem Matka Ziemia (śmiech). Śpiewanie jest moją pasją, bo kocham ludzi i traktuję mój zawód jak misję – służbę ludziom. Nie ma dla mnie większego szczęścia, niż kiedy zdołam moim śpiewem kogoś wzruszyć, dotknąć zakamarków duszy, uszczęśliwić lub wyzwolić emocje, których na co dzień trudno doświadczyć. Na tym polega cały sens tego czym się zajmuje. Kłaniając się publiczności kładę zawsze rękę na sercu, co jest dla mnie symbolem pokory i wyrazem niewypowiedzianych słów „jestem tu dla Was, kłaniam się nisko w mojej służbie”. Cała natura, tak nierozerwalnie związana ze sztuką i będąca nią w najczystszej postaci, jest mi szczególnie bliska. Fascynuję się fauną i florą, językiem przyrody i w każdej wolnej chwili staram się zgłębiać ten temat. Od zawsze towarzyszą mi zwierzęta. W tej chwili mam trzy psy i konia. Znam ich potrzeby i staram się, aby były zaspokojone. W mojej branży trudno pogodzić opiekę nad zwierzętami z ciągłymi podróżami, dlatego korzystam z życzliwości bliskich osób, które zajmują się nimi pod moją nieobecność. Psy ciężej znoszą rozłąkę niż koń. Kiedy przyjeżdżam po dwóch miesiącach nieobecności, on wita mnie tak, jakbyśmy widzieli się dosłownie wczoraj. Niejednokrotnie mam wrażenie, że dla tych istot czas płynie jakby inaczej. Mamy mocną więź, na którą rozłąka nie ma negatywnego wpływu. Jeśli jednak dowiedziałabym się, że któreś z moich zwierząt cierpi przez mój tryb życia, na pewno szukałabym rozwiązania.

Dziękuję za rozmowę.