Arrow Koncert Galowy – Jubileusz 65-lecia Warszawskiej Opery Kameralnej i inauguracja XIII Festiwalu Oper Barokowych.

14 Wrz, 2026
Koncert Galowy –  Jubileusz 65-lecia Warszawskiej Opery Kameralnej i inauguracja XIII Festiwalu Oper Barokowych.
© fot. Materiały Prasowe WOK
Piotr Iwicki

Koncert marzeń

Niedzielny koncert w Zamku Królewskim w Warszawie, który rozpoczął 65. sezon Warszawskiej Opery Kameralnej, a jednocześnie zainaugurował tegoroczną edycję Festiwalu Oper Barokowych, był jak pudełko wykwintnych czekoladek – ot, bombonierka kusząca niespodziankami. Jak to możliwe? Skąd to cukiernicze skojarzenie?

Po pierwsze, na melomanów czekała feta odnosząca się do wspomnianych jubileuszy, a w dodatku należy do tego dodać jubileusz trzeci – dekadę szefowania WOK przez panią Alicję Węgorzewską-Whiskerd.

Po drugie, po raz pierwszy orkiestrę Musicae Antiquae Collegium Varsoviense poprowadził Maestro Alessandro De Marchi, nowy kierownik muzyczny tej renomowanej orkiestry, dyrygent formatu stawiającego go w rzędzie najwybitniejszych specjalistów od muzyki barokowej w Europie. I co tu ukrywać – to było wejście w iście mistrzowskim stylu.

Trudno w kilku słowach opisać to, co wydarzyło się w niedzielny wieczór. Frenetyczna reakcja publiczności, bisy i wielokrotne owacje na stojąco. A może łzy wzruszonych melomanów w czasie, gdy gwiazdy koncertu lały miód na nasze serca, wykonując fragmenty arcydzieł barokowych mistrzów? Albo długie dyskusje gości koncertu, którzy z wypiekami na twarzy rozpływali się, mówiąc o tym, czego przed chwilą słuchali? Czy to może oddać atmosferę tej muzycznej uczty?

Wszystko zaczęło się od stosownego, jak na jubileusz, powitania przez dyrektor Alicję Węgorzewską-Whiskerd. Było krótkie przypomnienie historii, w szczególności przywołanie nazwisk tych, którzy uznawani są za ojców założycieli Warszawskiej Opery Kameralnej. Był okolicznościowy list Marszałka Województwa Mazowieckiego – pana Adama Struzika, wszak WOK to instytucja, dla której samorząd województwa mazowieckiego jest organizatorem. Było powitanie znakomitych gości, a stawili się licznie ambasadorowie, w tym m.in. USA, Włoch i Szwajcarii, wspaniali dyrygenci, śpiewacy, ludzie sztuki, dyrektorzy instytucji kultury, radni sejmiku województwa czy przedstawiciele Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. I wreszcie najważniejsi – melomani, obecni w tym szczególnym dniu w nadkomplecie. Czuć było atmosferę muzycznego święta.

Natomiast to, co pokazali soliści: Serena Farnocchia (sopran), Uwe Stickert (tenor) oraz flecistka Lucie Horsch, przeszło najśmielsze oczekiwania słuchaczy. No i wreszcie sama orkiestra, która zagrała tak, że w przerwie słychać było komentarze gości: „Mamy światowy zespół”. Tak, De Marchi dokonał czegoś, co śmiało można określić mianem nowego otwarcia. O tym, że to wspaniali muzycy, wiemy od lat, jednak wydarzyło się coś, co sprawiło, że gdy zabrzmiały pierwsze frazy Vivaldiego (SinfoniaL’Olimpiade), zapanowała taka cisza, że sygnaturka zamkowego zegara kominkowego, znajdującego się w głębi sali, zdawała się grzmieć jak dzwon. I to skupienie słuchaczy!

Okazało się jednak, że była to – nomen omen – cisza przed burzą, bowiem popis solistki Lucie Horsch przysłowiowo wbił wszystkich w fotele. Zdawała się wygrywać na fletach prostych rzeczy – wydawałoby się – niemożliwe do wykonania. Biegłość, wirtuozowskie frazy, artykulacja i zdumiewające zróżnicowanie dynamiczne, genialnie długie przebiegi wygrywane na jednym oddechu… Wierzcie mi, to było coś w iście światowym formacie. Sportowi komentatorzy piszą w takich okolicznościach: stadiony świata. A i to chyba nie oddaje tego, co zaserwowała Horsch – m.in. transkrypcje bachowskie, frazy Vivaldiego i Telemanna.

Tak, jej popis zwieńczyła owacja jak po koncertach gwiazd rocka i popu. Oczywiście ze stojącą publicznością i okrzykami! Ja czegoś takiego w tej sali nie słyszałem nigdy! Chce się aż krzyknąć: więcej!

Druga część koncertu była w pewien sposób kontrastowa, można powiedzieć – odrobinę bardziej stonowana za sprawą doboru repertuaru. Oboje soliści, Serena Farnocchia i Uwe Stickert, postawili na wyrafinowanie. Händel, Hasse, Giacomelli/Vivaldi czy Gasparini w ich interpretacji powiedli nas drogą wyrafinowania, piękna i emocjonalnego rozedrgania. No i oczywiście wykonawczej perfekcji! Tego można było słuchać w nieskończoność. O tym, że musieli bisować – duetem Monteverdiego – dodaję z dziennikarskiego obowiązku. Tak, oboje prowadzili nas drogą usłaną genialnymi frazami mistrzów baroku niczym wielobarwnymi różami. Tak, popis godny jubileuszu, absolutnie!

Niby piszę tu, że koncert miał trzy gwiazdy – wspomnianych wspaniałych solistów – rzecz w tym, że w pewien sposób mija się to z prawdą, bowiem zarówno sama orkiestra, jak i jej kapelmistrz, Maestro De Marchi, byli gwiazdami nie mniejszymi.

Wspaniała reakcja na gesty uwypuklające niuanse, coś, co nazywamy „elektrycznością” – jakimś niewypowiedzianym zmysłem, który sprawia, że dyrygent i orkiestra stanowią jedność, monolit. O tym, że De Marchi intrygująco i bardzo czujnie grał również na klawesynie, wspominam, bo przemilczeć tego nie sposób. Nomen omen był moment, kiedy, strojąc orkiestrę, grał proste pochody akordowe, przez co sama, pozornie techniczna czynność stała się samoistną… muzyką. Bajeczne i ujmujące.

Tak, prorokuję, że nowy dyrygent i MACV będą przenosić góry. Ten zespół dostał jakiejś dodatkowej iskry. Znany jako kolektyw perfekcjonistów-pasjonatów, wskoczył nie o poziom, a o kilka poziomów wyżej – ku artystycznej chwale. Gdybym miał napisać, że pani Węgorzewska znowu wyciągnęła atutowego asa z rękawa… to bym napisał, wszak tak się stało, bo to uczyniła! I świetnie! Na tym polega odpowiedzialne, merytoryczne szefowanie w duchu celnego managementu. Dla nas nadchodzi czas uczty, bowiem już pierwsze koncertowe spotkanie tego tandemu – dyrygent–orkiestra – zwiastuje obcowanie z muzyką światowego formatu, zarówno wykonawczo, jak i kompozytorsko.

Uff. Zatopiłem się w tym oceanie peanów, rzecz w tym, że są one absolutnie zasłużone. Niech podsumowaniem będą słowa Maestro Jerzego Maksymiuka, który, mijając mnie w drodze na przerwę, powiedział: „To jest coś, aż miło słuchać!”. O flecistce mówił w duchu czarów i magii. A przecież wiadomo, że Mistrz słów na wiatr nie zwykł rzucać, zaś jako jeden z pierwszych dyrygentów WOK jest de facto postacią wpisaną złotymi literami w niekończący się pochód, sztafetę sukcesorów dzieła Stefana Sutkowskiego i państwa Kulmów.

Tak, to był wieczór, który w historię Warszawskiej Opery Kameralnej wpisuje się złotymi literami. Jubileusz 65-lecia w małżeństwie to żelazne gody. Rzecz w tym, że żelazne w tym wypadku oznaczają ulotność kwiatowego puchu i rozedrganie skrzydeł motyla. Brawo!

Piotr Iwicki