LA LUCE Simone Kermes i warszawskich kameralistów
Bez światła nie ma ciemności, tak jak Yin bez Yang. Żyjemy w czasach przeciwności i kontrastów; niejako sami musimy decydować, czy bliżej nam do światła, czy wolimy ukrycie w mroku. O tym jest koncepcyjny album jednej z najwybitniejszych śpiewaczek naszych czasów, iście anielskiego sopranu koloraturowego, Simone Kermes.
Pisać o jej nieprzeciętnych walorach głosu, możliwościach i lekkości, z jaką pokonuje niedostępne dla większości koleżanek po fachu frazy zapisane przez kompozytorów w najwyższych rejestrach, to i tak nigdy nie odda pełni artyzmu ani piękna zbudowanego na walorach głosowych Niemki — kunszcie iście nie z tego świata.
Kiedyś, recenzując album słynnego Den Norske Jentekor, pozwoliłem sobie na refleksję, że jeśli tak śpiewają anioły, to perspektywa niebiańskiego bytu nie jest tak nudna i przemodlona, jak o niej mówią. I powiem wprost — w takim chórze Kermes byłaby solistką. Czy to w repertuarze barokowym (ciągle niedoceniony Leonardo Vinci), czy w arii z niemal kompletnie zapomnianej opery „Tito Manlio” Antonio Vivaldiego („Sonno, se pur sei sonno”), czy w Händlowskiej „Verso già l’alma col sangue” z „Aci, Galatea e Polifemo” — Kermes jawi się jako sopran respektujący kanon wykonawczy HIP, jednak dodający lekkiego wibrata niczym szczypty przyprawy kluczowej dla ostatecznego smaku.
O wszechstronności bohaterki albumu „La Luce” („Światło”) najlepiej świadczy fakt, że wystarczy chwila, abyśmy dotarli do Wolfganga Amadeusza Mozarta i jego arii koncertowej „Vorrei spiegarvi, oh Dio”. A teraz proponuję mocno zapiąć pasy, bo jedna chwila i jesteśmy u Carla Dittersa von Dittersdorfa (aria „È follia d’un alma stolta” z opery „Hiob”), w której spod barokowej ornamentyki powoli wychyla się coś, co zdaje się wyprzedzać klasycyzm.
Skoro już odwołałem się do zapinania pasów, to zachęcam do wygodnego usadowienia się w fotelu, bo oto liderka tego przedsięwzięcia serwuje nam wokalizę z filmu „Dawno temu na Dzikim Zachodzie” Ennia Morricone. Ale najbardziej intrygujące dopiero przed nami. Mówię o kompozycjach Zbigniewa Preisnera — wokalizie opartej na fragmencie koncertu fikcyjnego XVIII-wiecznego kompozytora niderlandzkiego Van den Budenmayera, rozbrzmiewającej w filmie Krzysztofa Kieślowskiego „Podwójne życie Weroniki”, oraz „Lacrimosa” z budzącego swego czasu kontrowersje „Requiem dla mojego przyjaciela”, dedykowanego Kieślowskiemu. Jak widać — a raczej słychać — ta ostatnia wybornie przeszła próbę czasu.
Miłośnicy dobrego kina na pewno docenią pojawienie się na albumie wokalizy Wojciecha Kilara z znakomitego obrazu „Dziewiąte wrota” (jeden z moich ulubionych fragmentów albumu). Zachwycają też wyjątki z Leonarda Bernsteina (aria „Glitter and Be Gay” z opery „Kandyd”) i dwuminutowy filigran „In Trutina” Carla Orffa (z „Carminy Burany”). Znamienne, że Kermes daje nam na krążku króciutkie formy, jednak ważkie swoim wyrazem. Jak choćby maleńki fragment „Trzech utworów w dawnym stylu” („Aria”) Krzysztofa Pendereckiego — piękne instrumentalne interludium pochodzące z filmu dokumentalnego „Passacaglia na Kaplicę Zygmuntowską” (1968, reż. Zbigniew Bochenek). Nomen omen, opadający temat niczym echo odbija się w innych monumentalnych dziełach kompozytora. Znać podpis twórcy.
I w tym wszystkim Joe Sample. Tak, tak — ten Joe Sample, ikona westcoastowej wytwórni płytowej GRP Records, prekursor smooth jazzu. Simone Kermes śpiewa jego „One Day I’ll Fly Away” w aranżacji Jarkko Riihimäkiego, powiewającej Vivaldim i mistrzami musicalu, do tekstu Willa Jenningsa. Wielu może kojarzyć ten utwór z filmu „Moulin Rouge”. I to właśnie tutaj repertuarowa elastyczność Simone Kermes osiąga wyżyny interpretacyjnego i stylistycznego kunsztu.
No i wreszcie orkiestra i chór. Musicae Antiquae Collegium Varsoviense WOK zdaje się być tu niejako skrojone na miarę. To nie jest tak, że solistka ma jedynie oparcie w orkiestrowym akompaniamencie. Jej głos wraz z charakterystycznym zaśpiewem instrumentów dawnych tworzy jedność. Podobnie jest z chórem, który zaznacza swoją obecność dokładnie tyle, ile trzeba, tworząc piękną teksturę dla głosu solistki. Zwykle mówię: tyle, ile trzeba, we właściwym czasie i miejscu. Ani grama więcej. I tak dokładnie jest tutaj. Brawo.
Jest też postać nietuzinkowa — dyrygent Julien Salemkour, osobowość niezwykła. Koniecznie zapoznajcie się z jego biografią. Sądzę, że stoi o krok od wielkiej światowej kariery, wychodząc z cienia mistrzów, u boku których pracował. Tak — to artysta godzien stania się gwiazdą najjaśniejszego formatu.
Pisząc o albumie, nie sposób pominąć faktu, że został wydany przez Prospero Classical Records z szwajcarskiego Zollikerbergu — wytwórnię budującą bardzo zróżnicowany katalog, opierając go na guście, kompetencji i niebagatelnym doświadczeniu Martina Korna (CEO), producenta przez lata związanego ze sztandarowymi wydawnictwami muzyki klasycznej z grona tzw. majors. Znakiem rozpoznawczym wytwórni jest troska o brzmienie i jakość nagrania (reżyserowie: Piotr Madziar i Jonas Niederstadt). Nie bez znaczenia pozostaje także fakt, że album dystrybuowany będzie na całym świecie, zarówno w formie fizycznej, jak i streamingowej.
Tym samym symboliczne połączenie sił niemieckiej śpiewaczki, polskiej orkiestry i chóru oraz wizja Alicji Węgorzewskiej-Whiskerd, szefowej Warszawskiej Opery Kameralnej, po raz kolejny wydają wspaniały owoc. Album ma również znakomitą oprawę graficzną, której lwią część stanowią eseje Simone Kermes odnoszące się do poszczególnych kompozycji, jak i całej koncepcji albumu. Zaręczam — to samoistnie intrygująca lektura, wpisująca krążek „La Luce” w nurt albumów koncepcyjnych.
Tak, to wydawnictwo godne najważniejszych laurów i jubileuszu 65-lecia Warszawskiej Opery Kameralnej. Na mojej półce „La Luce” zajmuje honorowe miejsce. Skłamałem. Płyta zamieszkała w odtwarzaczu na dobre i nie ma najmniejszego zamiaru go opuszczać.
Reasumując — majstersztyk.