Arrow Netrebko vs. Tézier czyli archaiczny „Bal maskowy” w Neapolu

05 Lut, 2026
Netrebko vs. Tézier czyli archaiczny „Bal maskowy” w Neapolu
© fot. Teatro di San Carlo
Roman Osadnik

Dokładnie 13 czerwca ubiegłego roku kupiłem bilety na „Bal maskowy” Verdiego, który miał się odbyć w październiku 2025 – niezłe planowanie, muszę sam siebie pochwalić. Wtedy ten termin wydawał się kompletną abstrakcją, a jednak — proszę — jestem już po obejrzeniu spektaklu i to bez zmian w obsadzie.

Podróż do Neapolu przebiegła bez większych problemów. Z uwagi na to, że był to ekspresowy wypad tylko na spektakl, postanowiłem zarezerwować hotel blisko lotniska w niskiej cenie. Reklamował się jako „Airport Hotel”, kusił czterema gwiazdkami, dużymi pokojami i świetnymi opiniami. No i pomyśleć, że ja — stary wyga turystyczny — dałem się tak podejść. Chwila nieuwagi i męka przez cały pobyt. W rezultacie okazało się, że hotel jest w przeciwnym kierunku niż centrum miasta i oddalony o osiem kilometrów od lotniska!

Dojazd autobusem z przesiadką teoretycznie miał zająć 40 minut. To wszystko tylko teoretycznie, bo w Neapolu rozkłady sobie, a autobusy sobie. W praktyce podróż trwała półtorej godziny. Kolejnym wyzwaniem była podróż do centrum, do opery – zaledwie dwie godziny(!), bo cztery kolejne autobusy po prostu nie przyjechały. Dobrze, że miałem zapas czasu. Pokój w hotelu miał okna na wysokości trzech i pół metra, więc czułem się trochę jak w norze ze świetlikami pod sufitem.

Na szczęście wieczór zaczął się znacznie lepiej. Spektakl poprzedziła kolacja w mojej ulubionej Pescheria Azzurra – smażone frutti di mare i spaghetti z vongolami, a do tego kieliszek białego domowego wina ukoiły nerwy i przywróciły mi równowagę. Towarzyszyła mi moja przyjaciółka (która, rozsądnie, wzięła hotel w okolicach dworca głównego). Podładowani kaloriami i dobrym nastrojem ruszyliśmy w stronę Teatro San Carlo.

Pomimo że to już niemal połowa października, zarówno temperatura (26 stopni), jak i liczba turystów mogłyby sugerować, że to środek wakacji. Przedzierając się przez tłumy spacerowiczów, odbiliśmy w bok, by przejść Gallerią Umberto I – elegancką, przeszkloną przestrzenią z końca XIX wieku, symbolem neapolitańskiej nowoczesności. Jej żelazno-szklana kopuła i mozaikowe posadzki wciąż robią wrażenie, choć dziś mieszczą raczej kawiarnie i sklepy niż salony artystyczne. Dawniej właśnie tutaj, w podziemnym Salone Margherita, tętniło nocne życie Neapolu. Jedno z wyjść galerii prowadzi dokładnie na wprost Teatro di San Carlo – najstarszego wciąż działającego teatru operowego w Europie, otwartego w 1737 roku z inicjatywy króla Karola III Burbona, a więc ponad sto lat przed mediolańską La Scalą czy paryską Operą Garnier.

Wnętrze zaprojektowane przez Giovanniego Antonio Medrano zachwyca klasycznym układem w kształcie podkowy i królewską lożą otoczoną złotem oraz czerwonym aksamitem. Po pożarze w 1816 roku teatr odbudowano w zaledwie kilka miesięcy, przywracając mu dawny blask i dodając neoklasyczne zdobienia. To właśnie tu Rossini, DonizettiBellini tworzyli swoje opery, a młody Enrico Caruso – wygwizdany przez neapolitańską publiczność – przysiągł, że nigdy więcej nie zaśpiewa na tej scenie. I słowa dotrzymał.

Oszałamiająca urodą widownia kiedyś mogła pomieścić nawet ponad 3000 widzów, dziś – po przebudowach i dostosowaniu do współczesnych przepisów – liczy 1384 miejsca. Niestety, wiele z nich, zwłaszcza w bocznych lożach, ma ograniczoną widoczność. Nasze miejsca szczęśliwie były w pierwszym rzędzie (tzw. parapet) w loży nr 14, na czwartym piętrze, z centralnym widokiem na scenę. Warto było o nie zawalczyć 16 miesięcy wcześniej. Po pokonaniu dziesiątek schodów dotarliśmy wreszcie na miejsce i mogliśmy „z góry” obserwować gromadzącą się publiczność. Spektakl rozpoczął się o 20:00 – jak na nasze standardy późno, ale w Neapolu to rzecz zupełnie normalna.

Spektakl, który oglądałem 11 października, był koprodukcją Teatro di San Carlo z operą w Bari, a jego premiera odbyła się w czerwcu ubiegłego roku. Za pulpitem dyrygenckim stanął Pinchas Steinberg – doświadczony maestro, znany z solidnego, choć momentami zbyt zachowawczego stylu prowadzenia orkiestry. Reżyserię powierzono Massimo Gasparonowi, który oparł inscenizację na koncepcji i projektach scenografa Pierluigiego Samaritani – to właśnie on odpowiada za stylowe (czytaj: archaiczne) dekoracje i (wspaniałe) kostiumy, utrzymane w duchu XIX-wiecznej tradycji. Oświetlenie przygotował Andrea Borelli, a za choreografię odpowiadał Roberto Maria Pizzuto.

Spektakl rozpoczął się punktualnie. Historyczne wnętrza teatru zobligowały chyba realizatorów do przedstawienia „Balu maskowego” w korespondującej, tradycyjnej, wręcz muzealnej inscenizacji. A to oznaczało, że tego wieczoru pozostawało mi skupić się przede wszystkim na muzyce i śpiewie.

Pierwsze dźwięki wstępu i otwierającego chóru – bardzo rozczarowujące. Steinberg, który sylwetką i gestem przypominał nieco legendarnego Georga Soltiego – i tu niestety podobieństwa się kończyły – zaczął, jakby był jeszcze nieobudzony po popołudniowej sjeście. Tempa były zbyt wolne, a chór niemal się rozjechał; przez chwilę miałem wrażenie, że powinni przerwać i zacząć od początku.

Pierwsza aria w wykonaniu Piera Prettiego, wcielającego się w rolę Riccarda, wypadła dosyć blado. Śpiewak dysponuje ładnym głosem, ale – proporcjonalnie do wzrostu – stosunkowo małym wolumenem. Publiczność nagrodziła wykonanie tej arii skromnymi brawami. To niewielkich rozmiarów popis solowy, który w interpretacji takich mistrzów jak choćby Pavarotti bywał istną perełką.

Nie zawiódł natomiast Ludovic Tézier w partii Renata. Jego wejście natychmiast podniosło temperaturę spektaklu. Dostojny w pozie i ruchu, z iście arystokratycznymi manierami, zawładnął sceną, a jego – wprost wymarzony do verdiowskich ról – baryton pieścił ucho w arii „Alla vita che t’arride”. Był w znakomitej formie i zaostrzył apetyt na więcej. Niestety, Cassandre Berthon jako Oscar przez cały spektakl – w tej efektownej i wdzięcznej partii – nie wyszła poza poprawność wokalną i przezroczystość aktorską.

Drugi obraz pierwszego aktu należał zdecydowanie do Elizabeth DeShong, która stworzyła mięsistą, pełnokrwistą i niezwykle wyrazistą Ulrikę. Artystka dysponuje przepięknym, głębokim mezzosopranem o soczystej barwie, z imponującym rejestrem piersiowym i klarowną górą. W arii «Re dell’abisso» pokazała pełnię możliwości swojego głosu – bogactwo kolorów, precyzyjne prowadzenie frazy i dramatyczną intensywność. Wspaniałe wykonanie, uzupełnione bardzo sugestywną i świadomą rolą aktorską.

W drugim akcie na scenie wreszcie pojawiła się Amelia. To był debiut Anny Netrebko w tej partii (oglądałem trzeci spektakl w ramach tego debiutu). Publiczność neapolitańska ją uwielbia, o czym świadczyły brawa już na samo jej wejście. Netrebko to zwierzę sceniczne – wiedziałem, że aktorsko i dramatycznie poradzi sobie bez problemu. Niewiadomą była interpretacja muzyczno-wokalna i to, czy dorówna sukcesowi Toski sprzed miesiąca w Londynie.

„Ma dall’arido stelo divulsa” – aria Amelii z drugiego aktu – nie rzuciła mnie na kolana: była muzykalność i piękne, długie frazy, ale barwa w niższych rejestrach nie miała tej urody, której się spodziewałem. Niemniej artystka została nagrodzona dużymi brawami i okrzykami. W słynnym duecie Amelii i Riccarda zdecydowanie górowała nad partnerem zarówno wolumenem, jak i ładunkiem emocjonalnym.

Dramatyczny finał tego aktu, gdy Renato odkrywa, że jego żona była na schadzce z najbliższym przyjacielem Riccardem, wypadł znakomicie.

Po drugiej przerwie rozpoczął się akt trzeci – i to, co się wydarzyło, mogłoby wystarczyć za cały spektakl. Nagle przedstawienie i jego wykonawcy wznieśli się na niespodziewanie mistrzowski poziom, jakby wstąpiła w nich nowa energia. Jak za dotknięciem różdżki wszyscy zostali „dotknięci ręką Boga”.

Pochód wyjątkowego artyzmu zaczął się od pierwszych dramatycznych taktów duetu NetrebkoTéziera – śpiewali jakby to był z jednej strony pojedynek – kto piękniej i z większym wyrazem – a jednocześnie idealnie sobie partnerowali. Ich głosy świetnie współbrzmiały, a napięcie, które wytworzyli między sobą, udzieliło się całej widowni. Pierwsza burza braw – i dalej Anna Netrebko„Morrò, ma prima in grazia”: niezwykłe skupienie, przepiękne frazowanie, ból bohaterki wyrażony dźwiękiem; głos jak sztylet przeszywał powietrze. Wstrząsające wykonanie, nagrodzone długimi brawami i prośbami o bis.

Ludovic Tézier nie pozostał dłużny – jego aria Renata była niemal „płytowa”, wzorcowa dla verdiowskiego repertuaru. Publiczność oszalała, nagradzając artystę długimi owacjami; gdy zdawały się cichnąć, ktoś wykrzyknął słowa uznania, co znów rozgrzało salę i prośby o bis. Dałem się ponieść atmosferze – głośno krzycząc „bravo” i „bis”!

Artysta, wyłamując się z konwencji spektaklu, pozwolił sobie na ukłony i podziękowania publiczności, ale na bis nie dał się namówić – szkoda, bo chętnie posłuchałbym Go raz jeszcze.

W kolejnej scenie tego aktu Piero Pretti również „dostał skrzydeł” – jego głos zabrzmiał z dużo większą siłą; wykonał arię o kilka poziomów lepiej niż swoje wejście w akcie pierwszym. Ostatni obraz, czyli tytułowy bal maskowy, wypadła efektownie i muzycznie poprawnie, ale układ choreograficzny chóru i tancerzy pozostawiał sporo do życzenia – brakowało tu ręki reżysera albo kogoś od ruchu scenicznego, by ta zbiorowa finałowa scena nabrała większego rozmachu.

Inscenizacja, reżyseria i scenografia, jak już wspominałem, bardzo tradycyjna – momentami dekoracje przypominały tło do romantycznej Giselle (zwłaszcza w drugim akcie) – ale odniosłem wrażenie, że neapolitańskiej publiczności ta estetyka bardzo odpowiadała. Spektakle w starym stylu wciąż mają tu wielu zwolenników. Na wyróżnienie zasługiwały stylowe i bogate kostiumy. Mnie szczególnie zachwycił kostium Ulryki, nieco odrealniający jej sylwetkę – dopełnieniem była peruka z burzą włosów, idealnie charakteryzująca graną postać. Efektowne suknie zaprojektowano też dla Amelii, a Anna Netrebko potrafiła wykorzystać je jako element budowania roli.

Spektakl zakończyły niekończące się owacje na stojąco, a na scenę rzucane były kwiaty.
W mojej ocenie był to bardzo udany debiut Netrebko w partii Amelii, ale królem wieczoru został Ludovic Tézier. Jeżeli tylko będziecie mieli okazję usłyszeć go w verdiowskim repertuarze – zróbcie to, bo takich barytonów już prawie nie ma.

Czy byłem usatysfakcjonowany? Tak, i to bardzo. Machnąłem ręką na archaiczną inscenizację, zamknąłem oczy i pozwoliłem sobie po prostu delektować się kunsztem śpiewaków. Byli naprawdę znakomici. Tego wieczoru miałem wrażenie, że przeniosłem się w czasie – tak musiały wyglądać spektakle w San Carlo sto lat temu.

Spektakl skończył się dwadzieścia minut przed północą, a mnie czekał powrót do „taniego” hotelu. Szczęśliwie tym razem podróż zajęła „zaledwie” godzinę, a w nagrodę zafundowałem sobie na dobranoc pyszne gelato o smaku migdałowo-pomarańczowym. Czysta poezja!

Do hotelu dotarłem po pierwszej w nocy, a rano, w drodze na lotnisko, moja transportowa gehenna miała ciąg dalszy. Po czterdziestu minutach bezskutecznego czekania na autobus w końcu się poddałem i zamówiłem przejazd przez aplikację. Za ośmiokilometrową trasę zapłaciłem 46 euro! Morał? Rezerwujcie noclegi w centrum – w ostatecznym rozrachunku i tak wyjdzie taniej.

O czym warto pamiętać / wiedzieć

  • komunikacja miejska w Neapolu jest absolutnie nieprzewidywalna – autobusy przyjeżdżają, kiedy chcą, a rozkłady mają raczej charakter dekoracyjny,
    • najpraktyczniej rezerwować nocleg w centrum – dojazdy z dalszych dzielnic potrafią zająć więcej niż lot z Polski,
    • w mojej ulubionej osterii Pescheria Azzurra w sercu miasta:
    frittura di paranza (czyli smażone owoce morza) – 7 euro,
    spaghetti alle vongole – 10 euro,
    branzino al limone (okoń morski w sosie cytrynowym) – 10 euro,
    – karafka domowego wina 0,7 l.– 6 euro,
    • w operze kieliszek wina kosztuje od 8 do 12 euro, piwo 5 euro,
    • przerwy w spektaklach są wyjątkowo krótkie – ok. 20 minut
  • warto zajrzeć do baru na parterze (Opera Café), najlepiej przed spektaklem lub w przerwie – to elegancka sala z wysokim sufitem i kryształowymi żyrandolami; za długim barem znajdują się dekoracyjne panele z majoliki w odcieniach błękitu i zieleni z roślinnymi motywami, które tworzą wyjątkowe tło,
    • espresso w operze kosztuje 2 euro – pite w takiej scenerii smakuje wspaniale,
    • w foyer znajduje się stoisko z pamiątkami – można kupić program, plakat lub drobne gadżety ze spektakli,
    • koniecznie spróbujcie gelato czyli lodów, mała porcja 1,50 Euro lub Baby – deseru o konsystencji babki piaskowej lub biszkoptu nasączonego rumem ok. 2 Euro