Podpis Możdżera: wolność, forma, jakość
Połączyć wyrafinowanie z wirtuozerią, wizją i komunikatywnością, czyniącą dzieło równie artystycznie najwyższych lotów, co nieskierowane do hermetycznego grona snobów – to najwyższa szkoła jazdy. Z nam współczesnych opanowało ją niewielu. W tym ekskluzywnym gronie jest Leszek Możdżer.
Jeśli sięgnąć pamięcią wstecz, związki Leszka Możdżera z Warszawską Operą Kameralną liczą sobie już grubo ponad dekadę. Dla mnie to estetyczna znajomość liczona w obrębie trzech dekad.
A to było tak…
Obsługując dla „Gazety Wyborczej” festiwal Gdynia Summer Jazz Days, nocowałem w hotelu Gdynia, opodal którego znajdują się Teatr Muzyczny i niewielka muszla koncertowa. I to właśnie w tej muszli, w ramach jednej z imprez towarzyszących, koncertował zespół Miłość. To był ich czas wychodzenia z undergroundu do formatu zespołu, który za chwilę stanie się ikoną jazzu. Przy fortepianie siedział Leszek Możdżer, tworzący z Mikołajem Trzaską i Tymonem Tymańskim, śp. Jackiem Olterem oraz Maćkiem Sikałą coś, co z siłą wodospadu rozbiło dotychczasowe, skostniałe pojmowanie jazzu w Polsce. Nonkonformizm, obalanie pomników, ożywczy wiatr od morza (nomen omen). Album z Lesterem Bowiem, tłumy na koncertach. Tak to się działo.
Koniec lat 90. to finał aktywności ikonicznego składu. Leszek Możdżer poszedł swoją drogą. Stał się gwiazdą formatu elity show-biznesu w wymiarze międzynarodowym. Był filarem kwartetu Zbigniewa Namysłowskiego. Płyty, koncerty u boku gwiazd, tytuły muzyka, kompozytora i pianisty roku sypały się jak z rękawa. Leszek stworzył swój styl. Swój muzyczny świat.
Jeśli ktoś szuka namacalnego dowodu pozycji Leszka w światowym obiegu muzyki, jest nim chociażby mały dysk. Mały, ale jakże spektakularny. To multimedialna, zaklęta na blu-rayu dokumentacja jednego z festiwali w Montreux. Kupiłem ją ze względu na Herbiego Hancocka. A tu niespodzianka… jeden z rozdziałów to recital Leszka!
I nagle połowa drugiej dekady tego stulecia – na scenę Basenu Artystycznego trafia „Immanuel Kant” austriackiego dramatopisarza Thomasa Bernharda w musicalowo-operowej wersji Leszka Możdżera. Niestety, Basen Artystyczny pod względem bezpieczeństwa dalece odbiegał od norm, o czym ówczesna dyrekcja przekonała się, gdy do „teatru” weszli widzowie. Historia „Kanta” kończy się tak szybko, jak rozbłysła. To był pierwszy rozdział opowieści: Leszek Możdżer & WOK.
Rozdział drugi to istna supernova. Leszek komponuje Composites – coś, co najprościej można określić mianem orkiestrowego fundamentu dla nieskrępowanego konwenansami świata estetycznego made by Leszek Możdżer. Sukces gonił sukces. Nagrana z Musicae Antiquae Collegium Varsoviense (WOK) płyta sprzedawała się jak gorące bułeczki. CD, LP, ekskluzywny limitowany boks – tak lata 2023 i 2024 należały do nich!
Enter Enea Festival – trasa koncertowa w wypełnionych po brzegi topowych salach. Do życia wszedł nowy format, nowa koncepcja: instrumenty dawne w stroju 432 Hz i fortepian Leszka Możdżera. Piszę „fortepian Możdżera”, bo indywidualny brzmieniowy, koncepcyjny i stylistyczny podpis Leszka jest tu znakiem jakości. Tu granice się zacierają (jak mawiała Agnieszka Osiecka) – wszystko jest ze sobą scalone tak, że nie czuć szwów. Wartość dodana: seria Jazz z MACV, trwale wpisana w fonograficzny i koncertowy nurt działalności Warszawskiej Opery Kameralnej oraz rodzimego crossoveru muzycznego.
Jeśli napisze się, że to swego rodzaju owoc – stworzenie nowej marki przez szefową WOK, Alicję Węgorzewską-Whiskerd – nie będzie w tym nawet ziarna przesady. Tak po prostu jest.
I wreszcie rok 2026. Nowy projekt, nowa niewiadoma… Bal w operze. Co o nim czytamy?
„Bal w operze” według poematu Juliana Tuwima powraca w nowej, bezkompromisowej odsłonie – jako widowisko muzyczno-teatralne na styku opery, performansu i współczesnego teatru. Groteska, która śmieszy do momentu, w którym przestaje być zabawna. Apokaliptyczna wizja świata pod maską przepychu. Bal, który trwa, choć wszystko drży. Leszek Możdżer nie tylko tworzy warstwę muzyczną i kieruje zespołem instrumentalnym. On wchodzi w strukturę spektaklu. Jest obecny. Reaguje. Współtworzy napięcie między słowem a dźwiękiem.”
Oczami – czy raczej uszami wyobraźni – słyszę wolność formy i stylistyki. Ingres gatunków, a nad wszystkim dobry duch tego, co nosi niepowtarzalny, jedyny estetyczny podpis: Leszek Możdżer.
I jeszcze jedno – jego nazwisko stało się gwarantem jakości. Ot, taki znak TOP Q. A wszystko bez sztucznej pozy awangardowości. Szacunek do słuchacza i dzieło zbudowane na fundamencie pracy.
Już się nie mogę doczekać.