Podróż do krainy wyobraźni. Premiera „Zaginionych kolęd” w Warszawskiej Operze Kameralnej
Lata temu, w jakiejś luźnej rozmowie Janusz Józefowicz moje spostrzeżenia na temat czegoś co robiliśmy w Buffo skwitował interesującym spostrzeżeniem:
– Nie jest z tobą tak źle, skoro masz w sobie ciągle tę odrobinę Piotrusia Pana. Pielęgnuj to.
I wiecie co staram się to czynić, choćby uczestnicząc w wydarzeniach jak to sobotnie.
O co chodzi?
Na scenie Basenu Artystycznego – Warszawskiej Opery Kameralnej odbyła się prapremiera musicalu „Zaginione kolędy”. Mocno zniechęcony aurą, zastanawiałem się, czy uda mi się na spektakl dotrzeć. Cóż, wózek inwalidzki to nie sanki, ale dla chcącego nic trudnego. Wychodząc z strefy komfortu domowego ciepełeczka, pojechałem na ul. Konopnickiej. I wiecie co? Gdybym nie pojechał, coś ważnego by mnie ominęło.
Aby nie przeciągać, odnotowuję, że musical adresowany (nie tylko) do dzieci, ma ciekawą koncepcję scenariusza, która już sama w sobie intryguje wypuszczając naszą wyobraźnię na bezmiar oceanu rzeczywistości i nierzeczywistości. No bo…:
„Co by było, gdyby pewnej nocy… wszystkie kolędy nagle zniknęły? Gdyby świat ucichł, a zamiast świątecznych melodii pojawiła się tylko zagadkowa, niepokojąca cisza? I gdyby trójka zupełnie różnych bohaterów — Lala, Nina i Paco — przyśniła ten sam sen i spotkała się w nim, by odkryć, że tylko oni mogą tę ciszę odmienić?
„Zaginione Kolędy” to pełna barw, muzyki i teatralnej magii familijna opowieść, w której sen miesza się z rzeczywistością, a świąteczne światło próbuje przebić się przez mroźne milczenie tajemniczej Krainy Ciszy.”
I tak wchodzimy do…
/…/baśni o bliskości, odwadze i o tym, że nawet najmniejszy głos może odzyskać swoją moc — jeśli tylko zostanie usłyszany. Spektakl przypomina, że w życiu nigdy nie jesteśmy sami. Melodia może zaginąć, ale zawsze możemy ją odnaleźć — zwłaszcza wtedy, gdy robimy to razem.”.
Producenci spektaklu promują go hasłem: „Zaginione Kolędy” — musical, który rozgrzewa jak świąteczna herbata.
I wiecie co? Tak jest. Ten musical ma w sobie magię.
A teraz będę się mądrzyć.
Kiedyś oglądałem dokument o problemach chirurgii ortopedycznej dla dzieci. Niby pewnie pytacie: a co to ma wspólnego z tym musicalem?
Otóż, ma. W telewizyjnym dokumencie, jakiś ikoniczny chirurg od naprawiania dziecięcych kręgosłupów, pokazał usztywniającą szynę, która po wszczepieniu, zaczęła w ciele dziecka…korodować. Zakażenie, ponowna operacja, niepewność, czy wszystko będzie o’k…
I wówczas padło ważne zdanie:
…a przecież dla dziecka powinno być najlepsze, najdoskonalsze, bo przed nim dekady życia, nic nie może się dziać.
I tak jest z muzyką i teatrem adresowanym do najmłodszych. To musi być produkt najwyższej próby. Bo dzieciaki to najsurowszy krytyk-recenzent. Ich recenzja to ewentualne pogaduchy i wyjście z spektaklu.
A tu, w Basenie Artystycznym specjalnie śledziłem reakcje najmłodszych. Dzieci weszły do tego świata jak w mgłę. Fabuła i arcymistrzowski poziom wykonania „kupiły ich skupienie”.
Muzycznie to coś jak frazy zawieszone między „Water fountain” Davida Fostera, „Carol of the bells” (ikoniczny temat oparty na ukraińskiej ludowej pieśni melodii, często przypisywany Fosterowi), jest i coś z „Mam tę moc” z „Krainy lodu”. Ot, klimat świąteczno-śnieżny ubrany w niezwykle lubiany przez najmłodszych kanon aranżacyjny.
I tu zdradzę, że libretto i muzyka to dzieło Jerzego Wołosiuka, któremu tutaj należą się wielkie i gromkie brawa. Co czynię BRRRRAAAWWWWOOOO. On też sprawuje kierownictwo muzyczne nad spektaklem. I czyni to zgrabnie i ze smakiem.
Nie bez znaczenia jest tutaj scenografia Katarzyny Gabrat-Szymańskiej, można powiedzieć, postaci kunsztem wpisanej mocno w WOK-owską aktywność sceniczno-koncertową. I to co tu robi, to niejako jej wizytówka. Mocne odwołania do multimediów stały się jej znakiem rozpoznawczym. Ona nie tworzy scenografii ale przenosi nas do jej intymnego świata. Staje się demiurgiem (czy chyba demiurdżką) kreującą nowe byty. Wspaniałe.
Dodam, że za projekcje i kostiumy odpowiada tu Zuzanna Grzegorzewska zaś światłem oprawia fajnie Dawid Karolak. I przyznam się, że to wszystko zdałoby się (przysłowiowo) psu na budę gdyby nie doskonała realizacja dźwięku Jakuba Skowrońskiego.
Tu wszystko słychać, tekst zarówno mówiony jak i śpiewany są czytelne. A przyznacie, że w dzisiejszym teatrze i kinie to nie jest rzecz nagminna.
Towarzysząca wszystkim orkiestra – jak na płycie.
Dodam jeszcze jedno nazwisko – Karol Drozd. To on odpowiada za reżyserię i choreografię. Reakcja młodej publiczności najlepszą recenzją.
No ale ktoś musiał to wykonać, więc spieszę nadrobić ten nietakt:
Obsada:
Lala – Zuzanna Łukawska
Nina – Kinga Gurgul
Paco – Stefan Andruszko
Władczyni – Natalia Jankiewicz
Milczący Strażnicy – Michał Góral, Jakub Piotrowicz, Sebastian Piotrowicz
Wszyscy bez zastrzeżeń. Czysto, równo, w punkt. Brawo! Ale gdybym miał kogoś wyróżnić, to chyba Kingę Gurgul. Ta obdarzona charakterystycznym zwiewnym głosem artystka, ma w sobie tę tak potrzebną w produkcjach adresowanych do najmłodszych, dziecięcość głosu. Jak wyczytałem gdzieś w Internecie, to artystka: „obdarzona niepowtarzalnym ciepłym i bajkowym głosem”. Bingo.
Obiecywałem mądrzyć się, więc do brzegu.
„Zaginione kolędy” są produkcją adresowaną do publiczności 5+. Ale czy jest to produkcja stricte dziecięca? Chyba nie. Maleństwa mogą nie odczytać przesłania fabuły, bardziej skupią się na fajnym ruchu, bajecznych strojach, muzyce, piosenkach… Dorośli pójdą tropem tego, co opisane w streszczeniu spektaklu.
Idealny jest jego czas, bowiem niespełna godzina to dokładnie tyle ile dzieci są w stanie spokojnie wysiedzieć w skupieniu. Reasumując, dla każdego coś miłego (i mądrego). No i ta radość najmłodszych gdy po spektaklu można było sobie robić zdjęcia z bohaterami scenicznymi! Tu hitem oczywiście Władczyni. Taka Królowa lodu? A może demoniczna strażniczka kolęd…
Sprawdźcie w kalendarium Warszawskiej Opery Kameralnej i zabierzcie dzieci na ten spektakl.
Choćby dlatego, że to produkcja najwyższych lotów, coś co wpisuje się w mądrą regułę skorupki i nasiąkania. Pokazujecie dzieciakom muzykę na żywo w najlepszym możliwie wykonaniu (poziom artystyczny). Niech wchodzą do świata utkanego z nut, fraz, strof i barw.
Krainy emocji, czyli przestrzeni, gdzie jedyną granicą jest wyobraźnia.
Wierzcie, zaskarbicie sobie wdzięczność maluchów. Bo to nie bajka na ekranie telewizora czy smartfona. To żywa historia z żywymi ludźmi.
Tu i teraz.