Arrow Dyrektorowanie to nie żarty – premiera Dyrektora teatru w WOK

19 Cze, 2026
Dyrektorowanie to nie żarty – premiera Dyrektora teatru w WOK
©
Piotr Iwicki

Czy z tak filigranowej opery, a ściślej singspielu, jakim jest mozartowski „Dyrektor teatru” („Der Schauspieldirektor”), można uczynić pełnowymiarowe, atrakcyjne, samodzielne wydarzenie artystyczne? Czy dzieło to w ogóle wytrzymuje próbę czasu, skoro już w czasie swej premiery raczej przeszło bez echa na tle mozartowskich gigantów? I wreszcie, na ile (czy) jego fabuła koreluje z naszymi czasami? Co tu ukrywać, czwartkowa premiera w Warszawskiej Operze Kameralnej (Basen Artystyczny), kolejne novum w programie Festiwalu Mozartowskiego Anno Domini 2026, nie dość, że niesie ze sobą odpowiedź: trzy razy TAK, to dodatkowo potwierdza słuszność sentencji: Nie ma złych dzieł Mozarta, są jedynie źle zagrane.

„Der Schauspieldirektor” (KV 486) do libretta Johanna Gottlieba Stephaniego premierę miał 7 lutego 1786 roku w Oranżerii zamku Schönbrunn z okazji „Frühlingfest an einem Wintertage”. Nomen omen wystawiono go (lub jak kto woli, z racji na formę singspielu – wystawiono ją) w pakiecie z „Prima la musica e poi le parole” Antonio Salieriego. Znamienne, że z perspektywy wieków, na podstawie ówczesnych recenzji i wspomnień, opera Mozarta muzycznie była znakomita, gdy (stety czy niestety) dzieło Salieriego przewyższało ją od strony tekstu i libretta (Giovanni Battista Casti). Znamienne, że jest to jeden z nielicznych przykładów, kiedy doszło do faktycznej, bezpośredniej konfrontacji Salieriego z Mozartem i ich librecistami.

„Dyrektor teatru” już w czasach Mozarta ewoluował i z czasem „spadł z afisza”, bowiem siłą singspielu były głównie dialogi (muzyka to raptem 20 minut). Te zaś odnosiły się (ulegając zmianom) do konkretnych wydarzeń czy wręcz wystawień innych dzieł scenicznych i muzycznych tamtej epoki. Można powiedzieć, że „Dyrektor teatru” był taką żywą gazetą z muzycznymi przerywnikami (uwertura, arietta, trio, rondo, finałowy ansambl-wodewil). Twierdzi się, że fabuła, czyli perypetie impresaria teatralnego, to pomysł samego Cesarza. Miało to służyć podniesieniu rangi niemieckojęzycznej opery/singspielu. Co ciekawe, część tego dzieła zaanektował Cimarosa do niemieckojęzycznej farsy „L’impresario in angustie” („Der Impresario in der Klemme oder Der Operndirektor”). Uff… Tyle historii.

Ale bez tego odniesienia trudno wejść głębiej w koncepcję, którą otrzymujemy teraz. A jest ona logiczna i oczywista. Po pierwsze, Jakub Przebindowski przenosi akcję do lat 50. lub – jak kto woli – 60. minionego wieku i osadza ją w środowisku włoskich filmowców. Oczywista konotacja z „La strada” Federica Felliniego w połączeniu z perypetiami tytułowego bohatera jest znakomita i czytelna.

Cóż, czasy się zmieniają, a codzienność show-biznesu wydaje się być constans. Długi, zobowiązania, zbyt niskie budżety, castingi, gierki kadrowe… Można powiedzieć, że już za czasów Mozarta nasza rzeczywistość odbijała się w tym lustrze. Jednak w istocie to katalog ludzkich słabości oparty na zawiści, zazdrości i pysze. Można powiedzieć, że artystę muszą cechować egotyczne przywary (wszak pewność siebie to oręż), jednak u Mozarta odbijają się one w krzywym zwierciadle. A może raczej u Stephaniego, bo odnosi się to do fabuły. My jedynie otrzymujemy to teraz w osadzeniu realiów XX wieku, choć do dzisiaj niewiele się zmieniło. Wystarczy otworzyć dowolny tabloid lub kliknąć w internetowej sieci, aby stwierdzić, że „Dyrektor teatru” trwa i ma się świetnie.

Ale do brzegu. Wystawienie WOK w zasadzie nie ma słabych stron. Muzyczne 20 minut, to mozartowskie, dzięki fajnym zabiegom scenicznym urasta do pełnowymiarowego spektaklu. To pomieszanie form i fontanna konwencji. Oryginał to de facto zlepek nowel, czy może raczej opisów osobowości bohaterów (głównie bohaterek) na tle postaw Franka i Rinaldiego (znakomici Wojciech Wysocki i Rafał Zawierucha – role mówione). Postacie takie jak: Buff (Władysław Grzywna), Alberta Toro (Dorota Kamińska), Gina Ferrari (Alicja Węgorzewska), Loretta Felli (Martyna Kliszewska) tyle samo są istotami z krwi i kości, ile również komentatorami osadzającymi akcję w konkretnym czasie i okolicznościach.

I wreszcie muzyka, raz mozartowsko oryginalna w translacji na osobliwy skład poszerzonego zespołu Bastarda (tu Bastarda Mozart Ensemble), kiedy indziej odwołująca się do filmowych fraz Cinecittà przy rzymskiej Via Tuscolana. I przyznam, zabiegi z reinstrumentacją, ale i reharmonizacją partytury Mozarta, są smakowite. Samoistna perełka autorstwa Tomasza Pokrzywińskiego!

Znakomitym zabiegiem są czarno-białe filmowe projekcje (Michał Jaskulski), niejako dwuwarstwowe. Jedna z nich to monolog Franka, gdzie Wysocki staje się niejako narratorem, komentatorem, takim testo-narratorem jak z dramatu. Wrażenie dopełniają plenery (schody jak ze słynnej sceny w „Pancerniku Potiomkinie”, zdobienia), jest katalog bohaterek życia przewijający się jak we wspomnieniach. To warstwa druga. Czy zauważyliście, jak blisko temu do ikonicznych kadrów z klasyki tzw. polskiej szkoły filmowej? Brakuje tylko sceny z kieliszkami i płomieniem. Skąd? Wiadomo… Ot, metafora mijającego czasu i przemijania.

Jest i taniec (choreografia Pauliny Andrzejewskiej-Damięckiej) zmysłowo komentujący całość. Fajny element, w kuluarach słychać było głosy, że to koncepcyjna doskonałość. Powiew jak orzeźwiający wiatr. Interludium.

A śpiewacy? Obie panie – Teresa Marut i Adriana Ferfecka – porywające. Głosowo i scenicznie. Nic dziwnego, że brawa po ich popisie były więcej niż gromkie. Ich arie to wyżyny wokalistyki, nic dziwnego, współgrają z fabułą-popisem. Po Marutowej reakcja publiczności była iście frenetyczna. Tak, przepraszam za sceniczno-recenzencki kolokwializm, ale idealnie pasuje on do artystki kreującej postać Dulcinei Lucini – pani Teresa to estradowe zwierzę. Scena ją kocha (z wzajemnością). Rodzynkiem w tym gronie, Łukaszowi Ratajczakowi przypadła partia zdecydowanie mniej efektowna, ale wyszedł z niej obronną ręką. Jego Rosignouolo był wyrazisty, choć intonacyjnie nieperfekcyjny. Partia ma pewien głębszy sens, jest czymś w rodzaju rozjemcy, wprowadza spokój. Taki prezydent Kwaśniewski na miarę czasów Mozarta: „Apeluję o spokój”.

De facto singspiel zamyka wodewil, gdzie każdy ma swoje przysłowiowe może nie pięć minut, ale kilka linijek nut. Zgrabne, fajne. Porywające.

Znamienne, że w tej filigranowej formie Mozart pokusił się o znakomitą, wielowątkową uwerturę. Katalog postaci, różnorodność. Już współcześni Wolfgangowi Amadeuszowi zauważali, że uwertura przerasta całość jakością, klasą, swoim podejściem bardziej serio niż buffo. Czy zatem Mozart tak puszcza do nas oko?

Scenografia (Katarzyna Gabrat-Szymańska) jak zwykle „w punkt”, ta związana z WOK artystka pozwala dojść do głosu detalom, nie serwując nam przepychu, natłoku elementów, gąszczu rekwizytów. U niej wszystko czemuś służy. Jest sceniczny oddech. Szlachectwo.

100 minut, tyle trwa teraz „Dyrektor teatru”, gdy w poprzedniej wersji, jako jedna z trzech jednoaktówek, był tylko częścią układanki. Alicja Węgorzewska-Whiskerd powołała do życia dyrektora pełnowymiarowego, wielopłaszczyznowego, ot, dyrektora na miarę naszych czasów.

To ważny moment w przypominaniu muzycznemu światu o istnieniu tych fraz. Nomen omen mało kto pamięta, że gdy Johann Wolfgang von Goethe w 1791 roku objął zarządzanie teatrem dworskim w Weimarze, kazał przetłumaczyć liczne włoskie i francuskie dzieła, w tym opery, na język niemiecki. Wystawiał je wraz z „Dyrektorem teatru”. Uczynili to niezmordowany koncertmistrz Kranz oraz poeta teatralny Vulpius. Natomiast sam Goethe, przebywając latem 1787 roku w Rzymie, był niezwykle rozbawiony wykonaniem wspomnianego już tu intermezza „L’Impresario in angustie” Cimarosy (powstałego równolegle ze „Schauspieldirector” Mozarta), skomponowanego dla Teatro Nuovo w Neapolu. I to Goethe kazał je zaaranżować jako operę komiczną pod tytułem „Theatralische Abenteuer”, a całą muzykę do „Schauspieldirector” Mozarta nakazał włączyć do tego dzieła! Wystawione 24 października w Weimarze okazało się wielkim sukcesem.

Ale potem stała się rzecz straszna. Niejaki L. Schneider popełnił błąd, wydając „Schauspieldirector oder Mozart und Schikaneder”. Chcąc zachować muzykę Mozarta wolną od obcych wpływów, wybrał kilka fragmentów, które zostały odpowiednio zaaranżowane przez Tauberta i dość dobrze pasowały do nowego utworu. Ale aby nadać fabule więcej zainteresowania, popełnił niewybaczalny błąd, czyniąc samego Mozarta bohaterem opery, ot, dyrektorem komponującym „Czarodziejski flet” pod kierunkiem Schikanedera. Już Otto Jahn pomstował: „To niewiarygodne, że ktoś mógł w ten sposób przedstawić mistrza, którego wskrzeszenie muzyki miało uhonorować, jako bezsensownego, zakochanego pyszałka, godnego pogardy zarówno w swojej służalczej uległości wobec Schikanedera, jak i w niemoralnych relacjach ze swoją szwagierką, Aloysią Lange”.

Jak widać, „Dyrektor teatru” to również bardzo burzliwe dzieje w kontekście sztuki. Cóż, temat to istny samograj, a w interpretacji i wizji warszawskich kameralistów coś iście wybuchowego.

I pamiętajcie, pomarańcze kupujemy tylko u Pani Ferrari (nie mylić z Enzo i samochodem), bo jak nie, to przyjedzie jej siostra. Ta bez zęba.

Reasumując: jazda obowiązkowa.

Piotr Iwicki