Arrow Grenlandia, Mozart i zdrada doskonała. Premiera „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej.

08 Maj, 2026
Grenlandia, Mozart i zdrada doskonała. Premiera „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej.
© fot. Krzysztof Durkiewicz
Piotr Iwicki

7 maja rozpoczął się XXXV Festiwal Mozartowski w Warszawie. I już zdradzę: rozpoczął się z przytupem, bowiem nowe odczytanie ikonicznego mozartowskiego „Così fan tutte” to coś, co wpisze się złotymi literami w historię interpretacji kanonu Salzburskiego Mistrza.

Przyznam, że do tej opery mam stosunek dwojaki. Jako wykonawca — a grałem w dwóch wersjach („Così…” Ryszarda Peryta i Marka Weissa-Grzesińskiego) — zawsze czułem niewykorzystany potencjał dzieła. Odrobinę przydługiego, niezwykle trudnego do objęcia w całość i wreszcie: czy skłaniającego do traktowania jako moralitet (ascetyczna wersja Peryta), a może lepiej — jako pole do popisu wyobraźni (odczytanie Weissa w duchu fin de siècle’u).

Tak, zrobić z tego trzygodzinny spektakl — pomimo absolutnego muzycznego artyzmu mozartowskich fraz — spektakl skupiający uwagę, intrygujący, sprawiający, że z niecierpliwością czekamy, „co będzie za kolejnym zakrętem fabuły”, to nie jest łatwe. Tu akcja nie posuwa się długim łukiem (jak w zapisie nutowym), ale pod dyktando małych fraz, arii, ansambli… Ot, coś jak zbiór nowel w ramach dramatu.

Uwaga! Pawłowi Szkotakowi się to udało. To wystawienie godne jubileuszu zarówno Festiwalu, jak i samej instytucji.

Grenlandia, Mozart i zdrada doskonała. Premiera „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej.
©

A na czym polega ten fenomen? Otóż „Così fan tutte” to dowód na słuszność twierdzenia, iż istnieje pojęcie fuzji geniuszów. Opisał to wspaniale Joshua Wolf Shenk w książce „Siła duetów” (PWN), wskazując Lennona i McCartneya, Tolkiena i Lewisa, Jobsa i Wozniaka, Matisse’a i Picassa. Tandem Mozart / da Ponte wydaje się antycypacją tego, co analizował Shenk, nomen omen jako jedno ze sztandarowych zjawisk, wskazując również małżeństwo Skłodowskiej i Curie.

Kiedy już w głowie miałem „Così…” Peryta, nagle — na fali szału na telewizję satelitarną — nabyłem stosowny talerz. Mało kto pamięta, że przed 1989 rokiem potrzebne było na to zezwolenie z MSW, ściślej: lokalnego przedstawicielstwa. Ja założyłem sobie antenę w roku 1991, na fali odnowy.

I wówczas, jakoś po kilku latach, bodaj w ARD lub ARTE, zobaczyłem austriacką wersję „Così fan tutte”, której akcję przeniesiono do… Zatoki Perskiej, a ściślej: do czasu pierwszej wojny, w której koalicja postanowiła uwolnić Kuwejt spod okupacji Iraku. Ale nie o tym tu pisanie. Tam Ferrando i Guglielmo byli oczywiście żołnierzami koalicji — bodaj marynarzami, chyba nawet z łodzi podwodnej i lotniskowca. Pomysł okazał się świetny, bo taka contemporaryzacja zaczynała rozpychać się na operowych scenach odważnie i spektakularnie („Czarodziejski flet” osadzono w okopach I wojny światowej; Osmin i Selim władali solidnym lupanarem gdzieś w Południowej Ameryce, a jeszcze w innym wystawieniu samo „Così…” odbywało się… w wielkim łóżku za sprawą Adama Hanuszkiewicza i studentów-dyplomantów AMFC w 1985 roku).

Grenlandia, Mozart i zdrada doskonała. Premiera „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej.
©

Dlaczego o tym piszę? Ba, tytuł nie jest przypadkowy, bowiem liczne aluzje i cytaty wprost pokazują, że nagle lecimy — z woli Szkotaka — na Grenlandię. Główni bohaterowie stają się Inuitami, a jak dodam, że przed finałem II aktu pojawia się rozkoszny biały miś, to sami Państwo widzą (czy raczej czytają), że mamy do czynienia tyle samo z sytuacyjnym pastiszem, ile z aluzją w rytmie tempa à la MTV. I znowu zataczamy czasową pętlę: czy aby Zatoka Perska ponownie nie płonie? Nomen omen takich kulturowych kodów mamy tutaj więcej. Stroje cekinowe jak z czasów amerykańskiego disco, w tle widzimy panoramę nowojorsko-chicagowsko-Bóg-jeden-wie-jaką.

No ale skupmy się na muzyce. Co tu ukrywać — Adam Banaszak jako kapelmistrz błyszczał. Tempa były idealne, to, co inni zaganiają lub spowalniają do przysłowiowych flaków z olejem, on poprowadził ze swadą. Już sama uwertura pokazała, że na przypadek miejsca tutaj nie będzie — zatriumfują precyzja i niemal wirtuozowska biegłość muzyków Musicae Antiquae Collegium Varsoviense. Piano było jak szmer wiatru, ale gdy trzeba było, tutti wręcz podrywało nas z foteli, jak w ikonicznym fragmencie z cytatem tytułu opery w warstwie słownej.

Grenlandia, Mozart i zdrada doskonała. Premiera „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej.
©

Scenografia — fajna, bez przepychu, z wpisanymi już w sceniczny sznyt WOK projekcjami. W zasadzie to one sprawiają, że operę ogląda się chwilami jak teledysk, do czego skłania również sama fabuła i budowa „Così…”, dzieła napisanego nie pod długim łukiem frazy i fabuły, a raczej „sklejonego” ze scen, które idealnie stają się asumptem do videoclipowego traktowania. A to sprawia, że mozartowska opera nabiera tempa. To, co uleciało onegdaj Perytowi (jedna z ostrych krytyk wręcz głosiła, że „zabił” dzieło, czyniąc zeń czarno-biało-czerwony moralitet z drzewem i jabłkiem jako centrum akcji, co nomen omen wielu się podobało jako wizja w duchu nieodżałowanego reżysera). Tu natomiast wszystko dzieje się tak, jak przystało na czas wszechobecnej digitalizacji i generatywnej sztucznej inteligencji. Są mundury amerykańskiej armii, leci samolot nad śnieżnymi polami i górami, są i Inuici w strojach z nieodzownymi skórami — brak tylko ociekających krwią dzid i foczych skór. Ale są norweskie swetry chóru (w scenach finałowych), no i wreszcie biały miś, który z czułością wysłuchuje żalów bohatera, tuląc się wzajemnie. Znakomite — tak, w ten sposób reżyser puszcza do nas oko. A teraz tylko czekam, aż puryści zakrzykną: „Jaki biały miś u Mozarta!? Nasz Mozart jest bardziej mojszy niż wasz!”.

Grenlandia, Mozart i zdrada doskonała. Premiera „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej.
©

No właśnie, każdy ma swoją wizję Mozarta, tak samo jak każdy inaczej odczytuje jego spuściznę. Rzecz w tym, że na nasze pojmowanie piętno odcisnęła sztuka Petera Shaffera, zwłaszcza w ujęciu Miloša Formana. Przez to sam kompozytor, jak i jego dzieło, zostały zmitologizowane. Ba, w jednej z nieprzychylnych biografii Mistrza Amadeusza, wydanej we Francji przed półtora wiekiem, opisywano Salzburczyka jako grubasa, geniusza-fircyka opływającego w dostatkach. No tak, ale oni mieli jakiś kompleks Mozarta — wszak nie urodził się nad Sekwaną… Mity trwają.

Gdybym miał wymienić karetę asów tego wystawienia, to obok reżyserii i muzycznego szefostwa pikowym asem byłaby obsada solistów. Na generalnej próbie prasowej śpiewała I obsada: Fiordiligi — Aleksandra Orłowska; Dorabella — Katarzyna Szymkowiak; Ferrando — Łukasz Kózka; Guglielmo — Hubert Zapiór; Despina — Teresa Marut; Don Alfonso — Artur Janda. Oni byli rewelacyjni i — co ważne — perfekcyjni w zawiłych koronkach ansamblowych, tak bagatelizowanych w innych rejestracjach, gdzie bardziej wygrywał żywioł niż szwajcarska, zegarmistrzowska precyzja. Tu to mamy! Brawo! Czapki z głów. Dla pani Marut — czapki po trzykroć, bo jej Despina to nie interpretacja, to etiuda na kilka postaci. Cóż, aktorski kunszt i znakomity głos to u niej konglomerat procentujący artyzmem scenicznym. Panowie autentyczni, gdy trzeba — jako Inuici — wręcz rewelacyjni, w finale II aktu demoniczni. Artur Janda, jak zwykle, klasa samoistna. W zasadzie jego Don Alfonso to taki „testo” czasu klasycyzmu — opisuje, tłumaczy, osadza w czasie i miejscu to, co widzimy. Narrator? Komentator? Sami zdecydujcie.

Grenlandia, Mozart i zdrada doskonała. Premiera „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej.
©

Orłowska i Szymkowiak to — zgodnie z zamysłem Mozarta i da Ponte — dwa różne typy fizyczności i charakteru, różne, ale jednakowo podatne na coś, co nazywamy słabością charakteru i labilnością uczuć. Jedność w dwoistości? Czy raczej owo „fan tutte”?

Kiedy jechałem na spektakl, w radiu podano, że 68% Amerykanów uznaje decyzje Donalda Trumpa za wypadkową jego niezdolności do sprawowania funkcji prezydenta USA. Paweł Szkotak wystawia — świadomie czy też nie — niejako recenzję temu, który wygasił ponoć siedem wojen, choć dwie (a z Wenezuelą w zasadzie trzy) gigantycznie rozbuchał. Ta absurdalność sytuacji wisi nad „Così fan tutte” niemal cały czas. A jak absurd czasów wykpić? Tylko farsą. I tak na scenie Warszawskiej Opery Kameralnej się dzieje. Choreografia, a w zasadzie ruch sceniczny z elementami tańca (Iwona Runowska), to kolejny narrator akcji. Scenografia Mariusza Napierały — w duchu „tyle, ile trzeba, tam, gdzie trzeba i w tym momencie, w którym trzeba” — ani grama więcej. No i ta obrotowa rzeźba… nie zdradzam. Reeeeeeewelacja…

Grenlandia, Mozart i zdrada doskonała. Premiera „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej.
©

Multimedia (Hektor Werios), podobnie jak smaczne oświetlenie (Bogumił Palewicz), plastycznie budują przestrzeń i klimat. Kostiumy (Sylwester Krupiński), tradycyjnie jak na tę scenę przystało, budują rys charakteru (osobowości) postaci, nie są jedynie dla uciechy oka, ale stanowią kolejnego narratora, dopełnienie tego, co słyszymy. Czy zatem mamy do czynienia ze światem ikonizacji, scenicznymi emotikonami zróżnicowanych w kalejdoskopie postaw, tabloidyzacją figur wraz z ich moralnością i fizycznością?

No to mam trzy z czterech asów wspomnianej karety. A jaki jest ten as kier? Otóż dla mnie wszyscy, którzy stoją za realizacją, stają się takim asem kolektywnym. Jednak gdzieś na szczycie tej sprawczej choinki jest szefowa WOK, pani Alicja Węgorzewska-Whiskerd. Sam fakt wybrania tej niełatwej w procesie odkrywczości i innowacyjności scenicznej opery dowodzi, że dyrektorka kameralistów nie boi się wyzwań. Jest tyle innych oper Mozarta, które chętnie błyszczałyby na afiszu inauguracji Festiwalu Mozartowskiego — istnych samograjów, wolnych od ryzyka efektu finalnego (czy raczej braku przysłowiowego efektu WOW) — a jednak wybór padł na „Così fan tutte”. Bingo!

Grenlandia, Mozart i zdrada doskonała. Premiera „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej.
©

No tak, ale kto nie ryzykuje, szampana nie pije (taki wpis znalazłem kiedyś w starych nutach kotłowych mozartowskich z biblioteki w… Breslau). I co? To ryzyko się opłaciło! Bo czy komuś z Państwa śniło się, że można nadać „Così fan tutte” jakieś trzecie, wręcz musicalowe tło? Czy panorama miasta z czymś na modłę Empire State Building (albo jak kto woli — Empire State Bulding) to nie kolejny kod w konwencji musicali Sondheima i jego „Company”?

A ja ciągle zastanawiam się, czego metaforą jest biały niedźwiedź. I czym bardziej się zastanawiam, tym bardziej czuję się jak Puchatek, który szukał Prosiaczka — i czym bardziej szukał, tym bardziej Prosiaczka nie było…

No to ale co z tym niedźwiedziem? Moim zdaniem to ciekawy trop interpretacyjny. Mamy zatem do czynienia z reżyserską metaforą, a nie „kanonicznym symbolem”. Ot, może to być konfrontacja instynktu i cywilizacji. Biały niedźwiedź — dzikie, potężne zwierzę — może symbolizować pierwotne instynkty, które pod elegancką, oświeceniową fasadą bohaterów tylko czekają, by się ujawnić. To kontrast wobec salonowej gry pozorów. Ba, do głosu dochodzi „naturalność” zdrady („tak czynią wszystkie”), sugerując wręcz pewną uniwersalność ludzkich zachowań. Niedźwiedź może być ironią: skoro człowiek uważa się za istotę rozumną, a jednak zachowuje się jak „zwierzę”, to może zdrada jest przedstawiona jako coś naturalnego, biologicznego, a nie — w duchu moralnego wyjątku. A może to emanacja obcości i chłodu emocjonalnego? Symbol może więc podkreślać emocjonalne wyziębienie relacji i eksperymentalny charakter całej intrygi (wszak Don Alfonso traktuje ludzi jak obiekty badań). Niedźwiedź może być sygnałem: to, co oglądasz, jest umowną grą, eksperymentem, a nie realistyczną historią. Podkreśla sztuczność przebieranek i manipulacji. Tak, krążymy wokół napięcia między rozumem a instynktem, kulturą a naturą oraz autentycznością a grą pozorów.

Grenlandia, Mozart i zdrada doskonała. Premiera „Così fan tutte” w Warszawskiej Operze Kameralnej.
©

Specjalnie nie wczytywałem się w opis reżyserski. Nie chciałem ulec sugestii, a smakować to wystawienie z każdym taktem. Zaległość nadrobię. Ale dałem sobie luksus odczytania bez sugestii, bez kontekstu „co reżyser miał na myśli”. Polecam.

No trzeba to pisanie jakoś zakończyć, no to do brzegu…

I co? I super! Mocny akcent w historii WOK. No i zastanawiałem się nad czymś mądrym, czym mógłbym postawić w tej recenzji kropkę nad „i”. I mam!

Błogosławieni szczęśliwcy, którzy mają bilety na festiwalowe spektakle „Così fan tutte”, albowiem dany im będzie zachwyt nad owocem geniuszu tandemu Mozart / da Ponte oraz smakowanie wizji zrealizowanej przez warszawskich kameralistów.

Piotr Iwicki