Kompromis z samą sobą – rozmowa z projektantką mody Magdaleną Brozdą
Magdalena Brozda pochodzi z Częstochowy, ale od lat mieszka i pracuje w Genewie. To właśnie w tym szwajcarskim mieście ukończyła Wyższą Szkołę Sztuki i Projektowania, a na swoim koncie ma współpracę z takimi awangardowymi domami mody jak A.F Vandevorst czy Hussein Chalayan. Jej kolekcja mody, zatytułowana If I Die Today, Please Call me Tomorrow (Jeśli umrę dzisiaj, proszę zadzwoń do mnie jutro) zdobyła w 2015 roku prestiżową nagrodę publiczności na H&M Design Award. Od kilku lat tworzy z sukcesem własną markę akcesoriów WORN OFFICIAL, co jest dla niej ważne, wyprodukowanych nie w Azji, a w Szwajcarii, gdzie na co dzień mieszka. 4 kwietnia publiczność Muzycznego Teatru w Kłajpedzie zobaczy zaprojektowane przez Magdę Brozdę kostiumy do inscenizacji „Króla Rogera”, która miała swoją premierę w Operze Bałtyckiej w 2022 roku.
Czy znane Pani było operowe arcydzieło Karola Szymanowskiego?
Oczywiście znam Szymanowskiego jako kompozytora, ale muszę przyznać, że nie miałam wcześniej styczności z „Królem Rogerem”. Kiedy dostałam z Opery Bałtyckiej propozycję zaprojektowania kostiumów zaczęłam od samego słuchania. Nie chciałam się sugerować obrazem. Muzyka wzbudziła we mnie poczucie dziwnej stagnacji, napływ egzystencjalnych wątpliwości i poczucia sprzeciwu na odrzucenie czy wykluczenie. Dopiero później włączyłam Youtube, żeby obejrzeć kilka realizacji. Wtedy zaczęłam zadawać sobie tysiące pytań o sam proces pracy i zastanawiać się czy na pewno będę umiała sprostać zadaniu. Do przygotowania są przecież nie tylko kostiumy dla głównych postaci, Roksany, Pasterza, tytułowego Rogera, ale także dla artystów chóru złożonego z kobiet, mężczyzn i dzieci, balet. Nie znałam specyfiki pracy w operze, nie wiedziałam z czym to się wiąże.
Jak więc powstawały projekty?
Na pierwszym spotkaniu z reżyserem Romualdem Wiczą-Pokojskim i scenografką Hanną Wójcikowską-Szymczak prowadziliśmy długie rozmowy o założeniach spektaklu. Usłyszałam wtedy zdanie, które zapadło mi w pamięć: będziemy konstruować świat z wielu elementów. Dyskutowaliśmy o wizji poszczególnych postaci, ich osobowościach. Zastanawialiśmy się jaki mają mieć wymiar. Padło słowo sekta. Dostałam także zarys wizualny scenografii, piaszczysty horyzont i świątynię. Zaczęłam szukać odniesień. Czytałam o Amiszach i Mormonach. Zagłębiłam się w lata 20. XX wieku, w czasie, kiedy dzieło powstało. Analizowałam konstrukcje strojów z tamtej dekady, aby móc przy projektowaniu, chociażby gorsetów, czerpać z historii i ikonografii.
Czym różni się praca Magdy Brozdy – projektanki ubrań i Magdy Brozdy – kostiumografa operowego?
Zazwyczaj pracuję z materią i od niej zaczynam każdy projekt. Upinam tkaninę na manekinie, modeluję ją, zmieniam. W przypadku opery punktem wyjścia nie była jednak materia, lecz rozmowa, współpraca. To przecież nie pokaz mody Magdy Brozdy trafia na scenę Opery Bałtyckiej, kostiumy są częścią większej całości, efektem naszych wielogodzinnych rozmów i wspólnej wizji. To przecież spektakl operowy w reżyserii Romualda Wiczy-Pokojskiego, z zaprojektowaną przez Hannę Wójcikowską-Szymczak scenografią i kostiumami Magdy Brozdy. Wizualnie wszystkie te elementy muszą tworzyć jedną całość. Założeniem reżysera było, aby śpiewacy mieli na sobie ubrania. A moje projekty są znane z tego, że trudno się je nosi na co dzień. Musiałam więc wypracować kompromis z samą sobą. Zaczęłam od rozrysowania postaci. Stworzyłam kolaże, nakładając na siebie wszystkie elementy, które uważałam za istotne. Potem nadrysowywałam formy ostateczne. Chciałam, aby na scenie zagrały proporcje i żeby kostiumy robiły także wrażenie na widzach, którzy usiądą w ostatnich rzędach.
Co zobaczyliśmy na scenie Opery Bałtyckiej podczas premiery w 2022 roku?
Spójną wizję. Sektę ludzi ubranych w minimalistyczną czerń, których łączy nie tylko kolor, ale i takie same, krótkie peruki. Pracowałam z objętością, bufiastymi rękawami, formami, które nadadzą kostiumom plastyczności. Wybrałam lekkie, świecące nylony, podobne do tych, których używa się do produkcji spadochronów. Wyzwaniem było odniesienie się do wizji reżysera, w której ważna jest cielesność. Starałam się wyrazić poprzez kostium motyw uwodzenia.
A główne postaci? Jaki kostium wybrała Pani dla Roksany?
W dwie suknie, długie do ziemi. W pierwszym akcie jest czarna, a drugim w odcieniu jasnej zieleni. Obie zbudowane są z gorsetu i obszernych rękawów spływających z gołych ramion. Jej peruka ma długie czarne włosy i radykalną grzywkę. Roksana jest blada, ma jasny makijaż, a jej twarz zdobią wielkie kolczyki.
Wszystkie kostiumy zaprojektowała Pani monochromatycznie?
Nie wszystkie. Kolorem wyróżniają się kostiumy Pasterza i Edrisiego. Tu użyłam wzorów z XII wieku, które znalazłam na reprodukcjach materiałów pochodzących z Sycylii.
Jak się projektuje ubranie dla śpiewaka operowego?
Nie spodziewałam się, że należy wziąć pod uwagę aż tyle technicznych aspektów związanych z pracą na scenie. Na przykład okazało się, że nie mogę za bardzo szaleć z tkaniną wokół szyi, bo artyści będą mieli problemy ze śpiewaniem, albo że zbyt ciężkie kolczyki mogą sprawiać kłopoty. Panie w pracowni krawieckiej uświadomiły mi także, że kostiumy nie mogą zbytnio szeleścić, a ja oparłam produkcję na lekkich nylonach. Pyta Pani jak się projektuje dla śpiewaka operowego, a przecież w przedstawieniu weźmie udział chór, który złożony jest z ludzi w różnym wieku, o różnej posturze. W Królu Rogerze to właśnie chór, czyli lud, odgrywa bardzo dużą rolę. Nie może więc wyglądać gorzej niż soliści, musi być różnorodny. Zaprojektowałam więc po kilka modeli sukien dla Pań i kilka zestawów dla Panów.
Jak wyglądał proces produkcji? Czy nadzorowała Pani osobiście szycie kostiumów?
Nie było takiej potrzeby. W Operze Bałtyckiej pracują niesamowici specjaliści. Pani Teresa Biegalska, która kieruje operową pracownią krawiecką to osoba z ogromnym doświadczeniem. W połowie sierpnia spędziłyśmy razem cały dzień siedząc nad projektami i ustalając wszystkie najdrobniejsze szczegóły. Byłam zdziwiona, że pani Teresa nie pracuje na prototypach ubrań, tylko od razu odszywa kostium z narysowanego projektu. Podczas naszego spotkania ustaliłyśmy, że do samej premiery będziemy łączyć się online.
Czy doświadczenia ze świata opery przydały się Pani w świecie mody?
Dzisiaj wiele się mówi o skostniałym, stereotypowym podejściu do projektowania. Guru w osobie dyrektora artystycznego, który rządzi domem mody to model, który nie sprawdza się już obecnie. Nadchodzi czas pracy zespołowej, łączenia sił i kreatywności. Młode pokolenie projektantów preferuje właśnie takie rozwiązania. Prowadzę zajęcia ze studentami w Head Geneve (Wyższa Szkoła Sztuki i Projektowania) i obserwuję zmiany jakie zachodzą w percepcji naszej branży. Dlatego też współpraca przy „Królu Rogerze” była fascynująca. Model mieszania się różnych wizji i kompetencji będzie na pewno dominującym w przyszłości. Rozmowa, wymiana, artystyczne kompromisy, słuchanie innych – to, moim zdaniem, pojęcia klucze.
Na zakończenie chciałabym zapytać o kolekcję marzeń. Czy już ją Pani zaprojektowała czy jest jeszcze przed Panią?
Od wielu lat mam w głowie ubrania, które są zrobione tylko z rajstop. Kurtki, suknie, buty. Ulepione z jednej monochromatycznej materii. Ale do ich tworzenia i modelowania potrzebna jest ręka. Może kiedyś dostanę propozycję z teatru albo opery i marzenie się zrealizuje.