Arrow Koncertowa opowieść o jazzie i klasycznych frazach

12 Sie, 2026
Koncertowa opowieść o jazzie i klasycznych frazach
© Materiały BSCK
Piotr Iwicki

Jest swego rodzaju mistrzostwem stworzyć program koncertowy tak, aby nie tylko błyszczał znakomitymi pozycjami ze spuścizny muzycznej, ale również łączył poszczególne kompozycje pewnym czytelnym kluczem, który sprawia, że niejako wynikają one z siebie samoistnie.

Tak było 29 czerwca w Busku-Zdroju, gdzie w sali widowiskowej Buskiego Samorządowego Centrum Kultury Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Śląskiej wykonała „Bolero” Maurice’a Ravela, „Muzykę Aniołów” Adama Wesołowskiego (prawykonanie), Koncert fortepianowy F-dur George’a Gershwina oraz wręcz przebojową suitę z „West Side Story” Leonarda Bernsteina. W koncercie partię solową wykonał Artur Jaroń, a całość poprowadził dyrygent Paweł Kos-Nowicki.

Aby odkodować klucz do koncertu, warto poznać kilka historycznych faktów i cofnąć się o niemal wiek.

Maurice’a Ravela i George’a Gershwina łączyła krótka, ale bardzo znacząca znajomość, jak również wzajemny podziw artystyczny. Ich relacja stała się ostatecznie symbolem spotkania europejskiej muzyki klasycznej z amerykańskim jazzem.

A to było tak.

W 1928 roku w Nowym Jorku, gdy Ravel odbywał tournée po USA, a Gershwin był już autorem słynnej Rhapsody in Blue, twórcy poznali się podczas przyjęcia z okazji urodzin Ravela i szybko odkryli wzajemne zainteresowanie swoją twórczością. Co ciekawe, na fundamencie tej znajomości nastąpiła… słynna odmowa udzielania lekcji. Gershwin chciał studiować kompozycję u Ravela. Według najbardziej rozpowszechnionej wersji anegdoty Ravel odpowiedział:

„Dlaczego miałbyś zostać drugorzędnym Ravelem, skoro już jesteś pierwszorzędnym Gershwinem?”

Choć dokładne brzmienie tej wypowiedzi bywa kwestionowane przez historyków, dobrze oddaje ona stosunek Ravela do talentu Gershwina: uważał, że jego oryginalności nie należy tłumić akademickim kształceniem, nakładając na nią okowy formalnej wiedzy kompozytorskiej. Istotnie, Gershwin podziwiał francuską harmonię i orkiestrację Ravela. Z kolei Ravel był zafascynowany jazzem i twórczością Gershwina. Podczas pobytu w Nowym Jorku odwiedzał z nim kluby jazzowe w Harlemie, słuchał orkiestr jazzowych i chłonął nowe brzmienia.

Po amerykańskiej podróży Ravel napisał m.in. Koncert fortepianowy G-dur, którego pierwsza i trzecia część zawierają wyraźne elementy jazzowe. Wielu muzykologów dostrzega w nim inspiracje estetyką Gershwina, choć Ravel zachował swój własny, charakterystyczny styl. Nomen omen, II część koncertu, choć utrzymana w metrum trójdzielnym, jest osobliwym ragtimem, w którym kolejne instrumenty – zwłaszcza dęte drewniane – wchodzą z czymś, co jazzmani określają mianem blue notes – dźwiękami nadającymi harmonii charakterystyczne, pozornie dysonansowe brzmienie.

Ale sam Gershwin nie pozostawał dłużny. W dziełach takich jak „An American in Paris” czy granym w Busku-Zdroju „Concerto in F” słychać fascynację francuskim impresjonizmem, subtelną kolorystyką orkiestry i harmonią kojarzonymi z Ravelem i jemu współczesnymi. Tak w obu przypadkach triumfuje inspiracja. Tak typowe dla jazzu call and response. Obaj kompozytorzy wywarli na siebie wpływ. Ravel pomógł utwierdzić Gershwina w przekonaniu, że jego siłą jest własny, amerykański język muzyczny, a Gershwin pokazał Ravelowi, że jazz może być źródłem inspiracji dla muzyki koncertowej zbudowanej na fundamencie europejskiej tradycji.

A co jeszcze ich połączyło? Obaj zmarli w 1937 roku – w odstępie zaledwie kilku miesięcy.

A jak ta muzyczna przyjaźń wydała owoce w Busku-Zdroju?

Koncert Śląskich Filharmoników otworzyła „Muzyka Aniołów” szefa tego zespołu, słynnego już menedżera-kompozytora Adama Wesołowskiego. Bezpretensjonalne, piękne, przejrzyste jak czyste niebo frazy raz dotykały modnej koncepcji new classical, kiedy indziej – może nie sekwencyjności, ale pewnej repetycyjności tak typowej dla muzyki utrzymanej w duchu minimalizmu. Co tu ukrywać – znakomite otwarcie.

Patrząc na program koncertu, aż chciało się zadać pytanie, która kompozycja miała być centrum jego dramaturgii. Sądzę, że to właśnie koncert Gershwina miał takim centrum być. Ale czy na pewno? Niezwykłym uproszczeniem jest przyjmowanie, że to kompozycja lekka, łatwa i przyjemna, bowiem wykonawczy hit George’a Gershwina najeżony jest trudnościami na miarę całej romantycznej pianistyki. A może i większymi, bowiem wymaga nie tylko wzorcowego wykonania materiału nutowego, ale również czegoś, co określamy mianem czucia swingu.

Tak, pan Artur Jaroń znakomicie połączył wiedzę, wirtuozerię i znajomość tematu, a efekt wywołał dwa bisy, co szczodrze komentowano w kuluarach w oczekiwaniu na drugą odsłonę tego koncertu. Warto dodać, że zarówno w „Aniołach”, jak i w crossoverze jazzu z klasyką znakomicie poradził sobie dyrygent. Paweł Kos-Nowicki, chociażby z racji bogatego doświadczenia, swobodnie poprowadził zarówno współczesne, jak i gershwinowskie frazy.

Napisać, że II część koncertu składała się z pozycji, które zawsze są ozdobą programów filharmonicznych sal, to jak nic nie napisać. Bernsteinowskie „West Side Story”, podobnie jak „Bolero” Ravela, to magnesy gwarantujące nadkomplety w każdej sali. Nie inaczej było na Festiwalu.

A jak filharmonicy zagrali te – przepraszam za kolokwializm – hity? Ta wersja suity pomijała karkołomne tańce na rzecz romantycznej melancholii lirycznych tematów. Tak, Bernstein słynie z genialnych wodospadów symfonicznych fraz, jednak ta wersja wolna była od jazzowego patosu i szalonej rytmiki tak typowej dla kultury Ameryki.

Czy zatem zabrakło jazzowości? Absolutnie nie. W tej odsłonie suity tkwi ona oczywiście w niuansach kompozytorskich, harmonii, instrumentacji. Jest tu wszystko, co osadza tę muzykę w konglomeracie kultury amerykańskiej i europejskich fundamentów.

No a Paweł Kos-Nowicki? Dyrygent poprowadził wszystko w najlepszy z możliwych sposobów. Zwyczajnie dał muzykom pograć. Fenomen kompozycji polega na tym, że kompozytor wspaniale rozłożył ciężar dzieła, wszak u zarania musicalowych fraz, obdarzając każdą sekcję i każdego jej lidera muzycznymi wspaniałościami. Natomiast całość jest jak misternie tkana koronka. Z jednej strony w pewien sposób obciąża odpowiedzialnością każdego z muzyków, z drugiej zaś ich wspólna radość z grania powraca jakimś trudnym do opisania communio. Tak, muzyka – również ta w wydaniu orkiestrowo-symfonicznym – to gra zespołowa.

No i wreszcie Ravel. Tę kompozycję grano wolno, szybko, głośno, z przerysowanymi kontrastami dynamicznymi albo powściągliwie, uwypuklając jej sekwencyjną monotonię. Każdy ma swój sposób na to dzieło. „Bolero”. I wszystko jasne. Ale czy aby na pewno wszystko? Jak potraktowali je filharmonicy i Kos-Nowicki?

Aby zrozumieć fenomen dzieła, warto znowu odrobinę się cofnąć.

Premiera „Bolera” odbyła się 22 listopada 1928 roku w paryskiej Operze jako balet zamówiony przez tancerkę Idę Rubinstein. Publiczność przyjęła utwór entuzjastycznie – były owacje, okrzyki i tupanie. Jednak wśród aplauzu jedna z kobiet miała zawołać: „Au fou! Au fou!” („Szaleniec! Szaleniec!”). Według najsłynniejszej anegdoty Ravel skomentował to słowami: „Ta pani zrozumiała utwór”. Ten sam Ravel o swym dziele miał powiedzieć: „Napisałem tylko jedno arcydzieło. Niestety, nie ma w nim muzyki”.

No i bądź tu mądry! Nawet Toscanini kłócił się z Ravelem o to, w jakim tempie grać „Bolero”. No właśnie – dla mnie istotą wykonania w tym wypadku jest tempo. To ono jest kluczem do ukazania magii dzieła. W zasadzie każdy interpretator musi znaleźć swój sposób.

I tu tradycyjnie wchodzimy w kontrowersje, które wynikały i wynikają z niezwykłej konstrukcji dzieła, jego hipnotycznej powtarzalności, zmysłowej choreografii oraz z faktu, że sam Ravel traktował „Bolero” bardziej jako eksperyment niż „normalną” kompozycję symfoniczną. To właśnie ten eksperyment stał się jego najbardziej rozpoznawalnym utworem.

I tu słychać głosy oburzonych czytelników: „Panie Piotrze, Panie Piotrze, to jak oni w tym Busku-Zdroju zagrali?”. Afisze oburzenia i banery powiewają na wietrze, napięcie rośnie…

Otóż, Szanowni Państwo, tutaj, podobnie jak w Bernsteinie, dyrygent zrobił to, co najlepsze: dał muzykom pomuzykować! A czy aby nie o to w muzyce (sic!) chodzi?

Widziałem wykonania, podczas których dyrygent ograniczał się do rozpoczęcia i… pokazywania publiczności, na kogo w danym momencie powinna patrzeć. Widziałem, jak w USA dyrygent poprosił nobliwą panią do tańca. Sam grałem kilka razy „Bolero” i powiem wprost: to niesamowita frajda mierzyć się z tymi frazami. Owszem, stres też, bo tu wszystko jest „na wierzchu”. Z jednej strony każdy ma swoje przysłowiowe pięć minut, ale i świadomość, jak ważne jest te pięć minut. Nawet drobny „zadzior” potrafi zrujnować budowaną przez kilkadziesiąt sekund narrację.

Tak, to dzieło klimatu, z pewną medytacyjnością ukrytą w nutach. A może to mantra rozpisana na nuty? Różaniec albo buddyjska mantra OM w jednym. Budowanie harmonii świata tu, w tym miejscu.

Sam nie wiem – im dalej w las, tym więcej drzew. Widzicie Państwo, jak inne jest to dzieło.

A na koniec przydałaby się jakaś rekapitulacja. Proszę bardzo.

Letnie festiwale, zwłaszcza te muzyczne, często chadzają na skróty, ot, stawiając na chwytliwość kosztem jakości. A tu, w Busku-Zdroju, pogodzono ogień z wodą. Było pięknie i po mistrzowsku. Jak mawiał jeden z moich mentorów, wystarczy pomysł i świetna realizacja. Prawda, że prosty przepis na sukces?

Reasumując: brawa.