Arrow Muzyka czysta jak światło. Simone Kermes. La luce

27 Kwi, 2026
Muzyka czysta jak światło. Simone Kermes. La luce
© Warszawska Opera Kameralna 2026
Piotr Iwicki

Co łączy Bernsteina, Händla, Kilara, Pendereckiego z gigantem smooth jazzu, Joe Samplem? To źle zadane pytanie, bowiem nie „co”, lecz „kto”. Odpowiedź brzmi: Simone Kermes.

W niedzielę, 26 kwietnia, koncertem w Zamku Królewskim ta gwiazda światowych scen promowała swój najnowszy album „La Luce” – wydawnictwo dystrybuowane na całym świecie (również w streamingu). Dlaczego o tym piszę? Bo to ważny kamień milowy w historii orkiestry Musicae Antiqua Collegium Varsoviense, być może kolejna przepustka do nowych artystycznych kontaktów. A to zespołowi Warszawskiej Opery Kameralnej absolutnie się należy.

Z Simone Kermes stworzyli – zarówno na płycie, jak i w Zamku – znakomity konglomerat.

Album nosi tytuł „La Luce”, co wprost oznacza światło. Sama artystka opisuje w krótkich notach poszczególne kompozycje. De facto, z wyjątkiem wokalizy z „Siódmych wrót” Kilara, „Lacrimosy” Preisnera, „Vorrei spiegarvi, oh Dio” Mozarta i fragmentu orffowskiej „Carminy Burany”, materiał z płyty zabrzmiał podczas koncertu, dopełniony m.in. uwerturą do „Wesela Figara” oraz Händlowską uwerturą do „Juliusza Cezara”. Był bis w duchu Farinellego (z entuzjastycznym klaskaniem publiczności – niemal jak na koncercie popowym), a także absolutna kropka nad i – „Lascia ch’io pianga” z „Rinalda” Händla. Czy to nie był najpiękniejszy moment wieczoru?

Pani Kermes ma unikatowy dar – potrafi genialnie prowadzić frazę w skrajnie stonowanym, niemal ulotnym pianissimo. Szczególnie imponująco brzmi to w górnych rejestrach. To, czego inne śpiewaczki się obawiają, dla niej stanowi naturalne środowisko. W jednej z najsłynniejszych arii barokowych, jak również w utworach Vivaldiego i Vinciego, zachwycała właśnie tym wycofaniem. Co więcej – nie było w jej śpiewie ani śladu forsowania głosu.

Zapadł mi w pamięć fragment ostatniego taktu „Se in campo armato” z „Catone in Utica” Vinciego – moment, w którym orkiestra osiąga akord toniczny, a solistka pozostaje jeszcze przez chwilę na napiętym stopniu dominanty. Ten dysonans zawieszony na fermacie trwa jak wstrzymany oddech. Napięcie rośnie i nagle… rozwiązuje się. Bajka.

Właśnie w takich detalach – i w koloraturach rywalizujących z ptasim śpiewem – kryje się kunszt Simone Kermes.

Słuchając tej muzyki i znając koncepcyjny fundament albumu, pomyślałem jednak, że jeden aspekt nie został wprost przez artystkę poruszony: widmo światła białego – to znane z okładki „The Dark Side of the Moon” Pink Floyd. Promień światła wpadający do pryzmatu rozszczepia się na spektrum barw – od czerwieni po fiolet. Koncert i płyta Kermes są właśnie takim przejściem przez pryzmat jej doświadczeń i nieprzeciętnej wiedzy. Muzyka jako jedność – a po rozszczepieniu: bogactwo stylów i gatunków. Brawo!

Publiczność to doceniła. Publiczność szczególna – koncertowi patronowały dwie ambasady, więc na widowni obecni byli liczni przedstawiciele korpusu dyplomatycznego oraz melomani doskonale znający artystkę. I to ważne, że wszyscy zgodnie docenili kunszt solistki, chóru i orkiestry.

Dla orkiestry był to zresztą prawdziwy poligon możliwości. Kilka kompozycji wymagało użycia instrumentów współczesnych – utwory Joe Sample’a czy Leonarda Bernsteina nie są przecież przeznaczone na instrumenty dawne. Muzycy musieli więc w trakcie koncertu zmieniać instrumentarium. To najwyższa szkoła jazdy – raz róg naturalny, za chwilę współczesna waltornia. Egzamin zdany perfekcyjnie.

Ten koncert był dla mnie także przykładem, jak kompleksowo przygotować recital dopięty w każdym szczególe. Dbałość o detale to znak rozpoznawczy Alicji Węgorzewskiej-Whiskerd i kierowanej przez nią Warszawskiej Opery Kameralnej. Mój mistrz Leigh Howard Stewart mawiał, że koncert zaczyna się od… wyglądu biletu. U Węgorzewskiej subtelne elementy scenograficzne (Katarzyna Gabrat-Szymańska) pięknie dopełniły naturalne walory królewskiej rezydencji, przełamując wszechobecne złoto delikatnym, kwietnym akcentem.

Osobny wątek stanowi sam pomysł realizacji projektu. Nie zdradzając szczegółów – warto zaznaczyć, że jego źródłem były działania podjęte w czasie pandemii. Tam, gdzie dla jednych pojawił się problem, inni dostrzegli szansę. Czas lockdownu został przez kameralistów wykorzystany znakomicie – a jednym z owoców jest właśnie ten album.

Wreszcie – koncepcyjna praca Alicji Węgorzewskiej-Whiskerd. Od momentu objęcia przez nią dyrekcji, dekadę temu, widać konsekwentne budowanie tożsamości instytucji: oparcie działalności na dwóch scenach i zespole MACV, przemyślany dobór repertuaru, wyczucie rynku. Warszawska Opera Kameralna dołącza do międzynarodowych programów, rozwija współpracę z europejskimi partnerami, realizuje globalne transmisje (jak „Cyrulik sewilski”). Ta płyta jest kolejnym ważnym krokiem. Tu wszystko dzieje się „po coś”.

Ten precyzyjny mechanizm działa. A skoro dyrektor otrzymała kolejną kadencję, można powiedzieć: brawo – my. Dlaczego „my”? Bo to właśnie my – melomani, odbiorcy końcowi – jesteśmy beneficjentami tej wizji, odwagi i determinacji.

Prawda?

Piotr Iwicki