Don Giovanni czyli pasmo pytań i niedopowiedzeń
Malarstwo, dramat, balet, literatura i wreszcie muzyka, wszystkie te formy dające możliwość wyrażenia ludzkich uczuć, emocji, przeżyć czy imaginacji, mają na swej drodze rozwoju, pomnikowe kamienie milowe. Są wyznacznikiem nie tylko progresji sztuki, ale wręcz postępu cywilizacyjnego człowieka.
W tym gronie jest dzieło szczególne, „Don Giovanni” Wolfganga Amadeusza Mozarta.
Od 29 października 1787 roku, dnia praskiej prapremiery, trwa w zasadzie jeden kluczowy spór: czy to jedna z najwybitniejszych oper w historii gatunku, czy też najwybitniejsze dzieło operowe wszechczasów w ogóle(!).
Zaraz po premierze „Wiener Zeitung” (91/1787) donosiła, iż w Pradze doszło do niezwykłego wydarzenia, czegoś tak olśniewającego, że można mówić wyłącznie w kontekście fenomenu:
„Sam Herr Mozart dyrygował premierą, a jego pojawienie się przy orkiestrze było sygnałem do wiwatów, które zostały odnowione po jego powtórnym wyjściu. Opera jest wyjątkowo trudna do wykonania, a doskonałość przedstawienia, pomimo krótkiego czasu przeznaczonego na studiowanie pracy, był przedmiotem ogólnej uwagi. Cała siła, zarówno aktorów, jak i orkiestry, przyczyniły się do chwały Mozarta.”.
To, że dzieło powstało i zaliczane jest do wielkiej trójki oper, w których Mozart posiłkował się librettem Lorenzo da Ponte, można uznać za kolejną wielką tajemnicę. Dlaczego? Tu wszystko wydaje się „nie tak”. Otóż Mozart tworząc je niemal na każdym kroku niejako szedł pod prąd. Po pierwsze dotykał drażliwych tematów na styku obyczajowości i – jak to określił James Conlon w „Don Giovanni, The Unknowable, a classical Antyhero” – polityki seksualno-społecznej. To czyni sam wydźwięk działa nieśmiertelnym, jakże aktualnym dzisiaj przy wszelkich formach werbalizacji ruchu … #MeToo.
Twórca sięgnął do dzieła, historii Don Juana, która w rozmaitych wersjach pojawiało się w europie od XVII wieku, było jednak komedią a nie dramatem! Co więcej, kompozytor pokazał na scenie śmierć i przemoc, które w owym czasie nie były tematem – nazwijmy go – modnym. Jakby tego było mało, wchodzi tu mocno w tematykę religijną, istnienie piekła jako miejsca gdzie trafiają na wieczność potępieni. Mozart w pewien sposób również stanął w opozycji do samego siebie. O ile w dotychczasowych jego operach zło niemal zawsze zostało wybaczone, bohaterowie negatywni okazywali skruchę, o tyle tutaj zemsta i nieunikniona kara wiszą nad głównym bohaterem niemal od początku dzieła.
No i ta przerażająca swoją mocą tonacja d-moll!
Towarzyszy nam tutaj w chwilach grozy, otwiera piekielne czeluście, inicjuje dzieło, nomen omen w pewien symboliczny sposób zwiastując pożegnanie, bowiem również w tej tonacji utrzymane jest „Requiem”. Mówi się wręcz o przerażającej mocy tej tonacji w rękach transcendentnego geniuszu Mozarta, który zdaje się mówić do nas, iż jest to przestroga, ilustrująca los tych, którzy przekraczają granice bez skruchy. Mozart odważył się na rzecz nie do pomyślenia: na przedstawienie w teatrze rygorystycznego stosowania prawa religijnego. Przedstawia grozę wiecznej kary w tak przejmujący sposób, że jego skojarzenie śmierci właśnie z tonacją d-moll panowało aż do XX wieku.
Mozart od samego początku kreśli tu postać Don Giovanniego liniami upadku moralnego, okrucieństwa i narcyzmu, człowieka, który zasłużył na potężną i ostateczną karę. Przez to końcowa scena budzi podziw: ani wierzący, ani niewierzący nie mogą pozostać obojętni na jej przerażenie i przesłanie nieuniknionej kary.
Historia ta ma swój początek w sztuce przypisywanej hiszpańskiemu mnichowi Tirso de Molina, zatytułowanej „El Burlador de Sevilla y Convidado de Piedra”. Najbardziej odważne szacunki wyliczają znacznie ponad tysiąc rozmaitych wariacji na ten temat: od ludowych podań po poczynione przez Moliera. Co ciekawsze, cała historia zaczynała w pewien sposób „zamierać”, i paradoksalnie wyniesienie jej na szczyty sztuki przez Mozarta i Da Ponte czyniąc z Don Juana – Don Giovanniego, kreując w zasadzie współczesny mit, dali mu nieśmiertelność. I to oni pobudzili nowego ducha w odczytani tej historii, dość wspomnieć Lorda Byron, Aleksandra Puszkina, Ernsta Theodora Amadeusa Hoffmanna i Søren Kierkegaard, czy późniejszych: Charlesa Baudelairea, George’a Bernarda Shawa i Alberta Camus. Ich już nie interesował Don Juan a Don Giovanni, taki jakim dali go światu Mozart i Da Ponte: opowieść o ukaranym złu oraz o nieskończonej złożoności, bogactwie i niejednoznaczności ludzkiej duszy. A może to paradoksalnie opowieść o antybohaterze, który swoimi nienasyconymi popędami doprowadził się do samozniszczenia i pociągnął za sobą innych?
Co więcej, istnieje też filozoficzny punkt widzenia tej historii, w której Don Giovanni był melancholijnym bohaterem samodefiniującego się dramatu, poszukującym jakiegoś iluzorycznego, stworzonego przez samego siebie antyspołecznego Graala. Portret niedoskonałego, ale buntowniczego bohatera romantyzmu, w całej dwuznaczności, jaką sugeruje taka wizja, w XX wieku ustępuje miejsca klasyfikacji w duchu psychopatycznego przestępcy. Biorą je pod lupę mistrzowie psychoanalizy jednoznacznie diagnozując, iż mamy tu do czynienia z złośliwym narcyzmem przejawiającym wszelkie formy nerwicy i patologii, jakie można sobie wyobrazić. Jak zauważamy, każda epoka widzi w nim i jego historii odzwierciedlenie własnego światopoglądu. Dzisiaj ocena jest prosta, każe widzieć w tytułowym bohaterze przestępczego drapieżnika, seryjnego uwodziciela i gwałciciela, oprawcę kobiet, paradygmat patriarchalnego uprzywilejowania.
I wreszcie kolejne pytanie: kto jest prawdziwym Don Giovannim? Nawet narodziny jego historii są tajemnicze. Kierkegaard zdefiniował go jako konstrukcję teoretyczną. Z tego punktu widzenia Don Juan nigdy nie istniał i w rzeczywistości nie może istnieć. Wzięta dosłownie, jego historia wydaje się nieprawdopodobna, jeśli nie niedorzeczna. Sama liczba nazwisk w katalogu podbojów Don Leporella przenosi go ze świata rzeczywistego do królestwa fantazji, mamy do czynienia z rodzajem hiperboli. Jednowymiarowy byt z wyznaczonym celem: obalić społeczeństwo poprzez wykorzystywanie kobiet i rozrzutne korzystanie z przyjętych przezeń arystokratycznych praw pierworództwa. Ale jeśli chcieć wyjaśnić, dlaczego tak czynił, czekają nas manowce. „Złośliwość pozbawiona motywów” jak pisał Samuel Taylor Coleridge, nie dając odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”. Sam Mozart nie wyposaża Don Giovanniego w jakikolwiek opis, on nie ma rdzenia osobowości, nie dedykuje mu arii „zapoznawczej” lub „wyznaniowej”. Nie ma cerdo tej postaci, chyba, że za credo uznać hedonizm opisany w krótkich, nie tyle ariach, co raczej jednowymiarowych migawkach z kluczowymi: winem, oszustwem, uwodzeniem i przemocą na pierwszym planie. To czyni go wręcz nieludzkim na tle Donny Anny, Donny Elwiry czy Zerlina (zapewne przekrój klasowy też nie jest tu przypadkowy), a łączy je wspólne nieszczęście gdy spotykają się z tym złowrogim narcyzem, ich erotyczne impulsy są kwestionowane, gwałcone, przebudzane, wzmacniane. Odnosi się to do 2065 kobiet zapisanych w katalogu Leporella. Czy to tyle nieopisanych stron dramatu? Pycha kroczy przed upadkiem, widmo Commendatore ciągnie bezczelnego i zatwardziałego Dona na należne mu miejsce w wiecznym potępieniu. A czyż zemsta to nie domena boskości? Słusznie zauważa wspomniany James Conlon, że starożytni Grecy byli karani przez bogów za pychę i bunt. Grzech Adama, choć różnie interpretowany, jest zasadniczo grzechem nieposłuszeństwa, a opisany w operze główny bohater, któremu legion seksualnych występków pozornie uszedł na sucho, stał się mordercą i tu dopiero, jak można zauważyć, granica została przekroczona. Mozart wyrwał go z świata burleski osadzając w dramacie na miarę romantyzmu. I to kolejny asumpt ku temu, aby wpisać operę w poczet arcydzieł. Wyprzedziła swój czas. Kim więc on jest? Kim jest Don Giovanni. Jak znamiennie brzmią więc jego słowa kierowane do Donny Anny: „Chi son io, tu non saprai” (Kim jestem, nie dowiesz się!).
W wspomnianym 91. wydaniu (1787) „Wiener Zeitung” pisał o wielkim sukcesie dzieła, wystawionym siłami włoskiej trupy działającej w Pradze pod kierownictwem tenora i menagera, Domenico Guardasoniego. Sam Mozart zbudowany wielkim sukcesem pisał do przyjaciela, Gottfrieda von Jacquina: 29 października moja opera trafiła na scenę odnosząc trudny do opisania sukces. Mam nadzieję na jej wystawienie w Wiedniu, choć chcą abym im tutaj napisał kolejną operę, to jednak pomimo kuszącej propozycji, muszę odmówić.
Znamiennym jest, że uważana dzisiaj za absolutne arcydzieło, wpisana w poczet największych osiągnięć ludzkiego umysłu opera, skutecznie podzieliła krytyków majowej premiery w Wiedniu (7 maja 1788). Jedni odczytywali ją jako operę buffa nomen omen zgodnie z intencjami samego Mozarta, rzecz w tym, że zarówno sam temat dramatu jak i sposób przedstawienia w nim fabuły i postaci, wpisywały je w znacznie poważniejszy gatunek dramma giocosa. I to właśnie sposób w jaki interpretowano operę zdecydował o polemice.
Przeciął ją sam Józef Haydn, jak pisze Johann Schink w Dramutrgiche Monate 1790 uznając wszelkie dyskusje za bezcelowe w obliczu geniuszu największego kompozytora wszechczasów, jakim jest Wolfgang Amadeusz Mozart. Nomen omen tenże sam wpływowy wiedeński krytyk (Schink) choć nie pozostawia suchej nitki na libretcie, pod niebiosa wychwalał muzykę Mozarta.
W tej ocenie poszedł dalej Chronik v. Berlin już wówczas określając „Don Giovanniego” najwybitniejszym dziełem operowym jakie kiedykolwiek usłyszał człowiek, wyprzedzającym w znacznej mierze swoje czasy. Jak dalece, najlepiej świadczy list Johanna Wolfganga Goethego do Friedricha Schillera z grudnia 1797 roku, w której poeta podkreśla wyjątkowość dzieła przy jego pewnej artystycznej hermetyczności, która z racji na artyzm, zarezerwowana jest dla nielicznych.
Carl Spazier, jeden z najbardziej wpływowych krytyków doby Mozarta, (publikował na łamach Musikalisches Wochenblatt) poszedł najdalej, pisząc, iż jedna aria z „Don Giovanniego” znaczy więcej niż wszystkie dzieła Giovanniego Paisiella.
Wspomniany przez Goethe artyzm, odbiegający od chęci schlebiania tanim gustom, nie przeszkodził w sukcesie liczonym wystawieniami dzieła. Jak podaje biograf Mozarta Otto Jahn, w Wiedniu zabrzmiało do 1863 roku 531 razy, w Pradze – 476 a w Berlinie przez pół wieku, wykonano ”Don Giovanniego” ponad 200 razy. W Polsce arcydzieło Mozarta wykonano już w 1789 roku w Warszawie.
I ta historia trwa.
Piotr Iwicki