Sinobrody w koncertowej odsłonie
Książę Sinobrody zachęca
Koncertowe wykonanie znanej opery przypomina w ogólnym zarysie Teatr Polskiego Radia. Większość efektów akustycznych oraz tekst dramatu poznajemy słuchowo, natomiast dekoracje, kostiumy, grę aktorską tylko sobie wyobrażamy. Jest oczywiście reżyseria, a w przypadku koncertowego wykonania opery jej rolę przejmuje dyrygent.
Wojciech Rodek wpadł na taki pomysł, aby kierowanej przez siebie Polskiej Orkiestrze Sinfonia Iuventus zorganizować test, jeszcze nie występu w kanale orkiestrowym w Teatrze Wielkim, ale na estradzie Studia Radiowego im. Witolda Lutosławskiego. Niekiedy zawodowe zespoły operowe ze względów oszczędnościowych przygotowują takie parasceniczne spektakle, ale wtedy dają więcej swobody swoim śpiewakom, nakłaniają ich do ruchu na scenie, nawet markowania flirtu lub walki na miecze. W przypadku tego „młodzieżowego” wykonania jednoaktowej opery Béli Bartóka „Zamek Księcia Sinobrodego” zabiegi teatralne zostały sprowadzone do absolutnego minimum.Dwójka artystów – Judyta i Książę – ustawionych po obu stronach dyrygenta, od czasu do czasu, w bardziej znaczących momentach, zwracała się do siebie, a Dorottya Láng, znakomita węgierska mezzosopranistka, tylko raz pokonała dzielący ją od Sinobrodego dystans, aby sprowokować pocałunek ukochanego i przytuliła się do renomowanego basa Andrása Palerdiego. Inwestycją w estradowe wykonanie tej opery było właśnie sprowadzenie z Budapesztu dwojga świetnie przygotowanych artystów oraz ustawienie z boku orkiestry dużego ekranu do wyświetlania polskiego tłumaczenia, choć przez chwilę można było mieć nadzieję, że pojawią się tutaj także jakieś slajdy pokazujące ów tajemniczy zamek i jego mroczne komnaty.
Wszystkie te operowe środki wyrazu artystycznego musiały się zrodzić w imaginacji każdego ze słuchaczy. Muzyka Béli Bartóka prowadziła nas przez siedem zamkniętych komnat, które na prośbę Judyty książę kolejno otwierał. Instrumenty perkusyjne imitowały szczęk żelaza, a także odgłosy przekładania złotej biżuterii. Bardziej wrażliwi słuchowo słyszeli skrzypienie starych zawiasów w drzwiach, pozostawione zakrwawione sprzęty można sobie było wyobrazić dzięki sugestywnym zestawieniom gęstych akordów, tworzących ponurą atmosferę. Najważniejsza jednak była stopniowa zmiana w bardzo pozytywnie nastawionej i przygotowanej na „leczenie miłością” Judyty, której zabiegi okazywały się bezowocne. Ten mężczyzna po prostu nie był nastawiony na romantyczne uczucie. Oczami wyobraźni można było samemu stworzyć teatralny obraz poszczególnych etapów dramatu, zastanowić się, jakich środków scenicznych, dekoracji i działań aktorskich użyliby twórcy, gdyby „Zamek Księcia Sinobrodego” reżyserowali nasi najlepsi artyści operowi. Mroczny dramat w stylu horroru pasowałby pewnie Mariuszowi Trelińskiemu. Bardziej klasyczny dramat obyczajowy w kostiumach z epoki (jakiej?) zrealizowałaby Jitka Stokalská albo Maria Sartova. A ponieważ niekiedy spektakle tworzą u nas zagraniczni kreatorzy, jak David Pountney, więc może jakiemuś teatrowi w porozumieniu z Wojciechem Rodkiem udałoby się zachęcić do tej ponurej opery Pedra Almodóvara, który już raz był kuszony przez Riccarda Mutiego do realizacji Così fan tutte?
Bronisław Tumiłowicz